Bizantyjski socrealizm

Nigdy nie byłem i nadal nie jestem w stanie zachwycić się sztuką bizantyjską i nie rozumiem tych, których ona zachwyca. Odstręcza mnie jej schematyzm i żałosne ubóstwo przedstawień. Postacie rozrysowane są na nienaturalnie płaskich przestrzeniach, całkowicie pozbawionych głębi i perspektywy – wszystko to czyni tę sztukę zgrzebną, par excellence prymitywną, a tym samym kompletnie nieinteresującą. Ikony, ikony, ikony, nie oszukujmy się – ikony posiadały charakter głównie religijny i polityczny, a nie estetyczny. Były wyrazem oficjalnej propagandy zwycięskiej religii, ich zadaniem była gloryfikacja życia „świętego” oraz wspieranie nowego chrześcijańskiego ładu. Ikony, ich ograniczona i płytka tematyka, to przejaw tego samego zjawiska, które wiele wieków później pojawiło się w postaci realizmu socjalistycznego.  

Godard

Dokładnie przed rokiem, 13 września 2022, w wieku 91 lat, wybierając tzw. samobójstwo wspomagane, zakończył życie Jean-Luc Godard. Wielki w filmie, żałośnie pretensjonalny w polityce, powiedział kiedyś coś bardzo ważnego: Filmy powinny pokazywać to, co się nie dzieje, czego nie widać nigdzie. Te słowa odnoszą się do każdej prawdziwej twórczości.

Kalif

Muzułmanie nie wiedzą, co znaczy uczestnictwo we władzy. Dla muzułmanów jest to dość puste pojęcie, bowiem islamska doktryna wpaja im od dziecka, że prawo nie pochodzi od człowieka, lecz od Boga, a więc jedyną dopuszczalną formą ludzkiej władzy może być władza wykonawcza – czyli taka, która ogranicza się do wcielania w życie boskich praw i nakazów. Jest to retoryka, którą stosuje się we wszystkich meczetach, także i tych, które uznajemy za normalne i dalekie od propagowania fundamentalistycznych idei. Zachodni ustrój polityczny, z politykami i partiami politycznymi, jest im nie tylko obcy, ale i całkowicie zbyteczny – kalif wystarczy w zupełności. Praw nie ustanawia się. Prawa są dane. Kalif ma dopilnować, by były respektowane.

Nowi władcy

Google, Facebook, Amazon, Saudi Aramco, Coca-Cola, Hennes & Mauritz, Microsoft, teraz Superliga, gigantyczna kumulacja kapitału, powstawanie nowych koncernów-potentatów, to wszystko powinno nam podpowiadać, że wchodzimy w okres w którym politycy będą coraz wyraźniej tracić władzę na rzecz wąskiej grupy ludzi nieprzyzwoicie bogatszych. Decyzje o naszej rzeczywistości już dziś zapadają nie w instytucjach do tego przez nas powołanych, lecz w gabinetach potężnych firm. Politycy wyraźnie przegrywają ten mecz. Co gorsza przegrywają nie z jakimś sprawnie zorganizowanym społeczeństwem obywatelskim, lecz z bardzo wąską grupą ludzi zainteresowanych jedynie ich osobistym zyskiem. Tym samym o kształcie naszego świata zaczynają więc decydować nie ci, którzy zostali przez nas wybrani i do tego powołani, lecz uzurpatorzy nie posiadający żadnej, ale to żadnej demokratycznej legitymizacji. Do tego są oni doskonale anonimowi, a więc i nieosiągalni. Ci ludzie mają już czelność narzucać nam nie tylko swoje interesy, ale i ich okolicznościową mentalność (vide: Hennes & Mauritz, który ostatnio poczuł się na tyle potężny, że ośmielał się dyktować swoje warunki nawet Chinom). Największe niebezpieczeństwo tej sytuacji polega jednak na tym, że polityków zawsze można było wymienić, wymienić oligarchów będzie bardzo trudno, jeżeli w ogóle będzie to możliwe. Społeczeństwo obywatelskie staje się fikcją. Już jest fikcją. Głosowanie i wybory będą wkrótce terminami równie przestarzałymi jak guwernantka i nosiwoda.  

Homo sapiens i demokracja

Dwóch amerykańskich politologów, Steven Peterson i Albert Somit, zaprezentowało niedawno wyniki swoich wieloletnich badań, które dałoby się streścić następująco: ”Ewolucja biologiczna uczyniła prawdopodobnie z Homo sapiens gatunek, którego genetyczne skłonności w istocie nie sprzyjają demokracji”. Opisali oni rodzaj ludzki jako ”gatunek zwierząt wysoce społecznych, o silnej tendencji do hierarchii, posłuszeństwa, dominacji i podporządkowania raczej niż do równości statusu i politycznych wpływów”. Obserwując przeprowadzany obecnie ogólnoświatowy eksperyment z koronawirusem, nie sposób zaprzeczyć trafności ich diagnozy.

Umizgi

Czytając komentarze polskiej prasy dotyczące jakichś ważnych decyzji politycznych, a zwłaszcza tych kontrowersyjnych i niepopularnych, idących pod prąd powszechnym trendom, odnoszę wrażenie, że jesteśmy narodem, który za wszelką cenę pragnie przypodobać się wszystkim. Ileż ubolewania, że z tego czy innego powodu nie będą nas lubić Niemcy, jak niekorzystnie piszą o nas Francuzi, co o nas pomyślą Belgowie, jak źle oceniają nas Szwedzi, jak bardzo zawiedliśmy Włochów i ileż przykrości sprawiliśmy naszymi decyzjami zawsze nam życzliwych Amerykanów. Obawiam się, że to właśnie ta maniera przymilania się do wszystkich, te umizgi sprawiają, że wszyscy nami gardzą. Jesteśmy narodem bez dumy.

Fustel de Coulange

Fustel de Coulange, historyk francuski, o obowiązkach nakładanych przez demokrację ateńską na obywatela: Albowiem niewiele zdarzy się dni bez jakiegoś zgromadzenia w demosie, w fyle czy fratrii; trzeba radzić około interesów religijnych czy politycznych, choćby o urządzeniu biesiady religijnej, o kontroli wydatków itp. Nadto trzy razy na miesiąc ogólne zgromadzenie ludowe, na którym nie ma prawa być nieobecnym, a trwają od rana do późnej godziny i trzeba koniecznie wysłuchać wszystkich przemówień. Chodzi o doroczny wybór zwierzchników politycznych, wojskowych, o nałożenie podatku, o jakąś zmianę ustawy, o kwestię wojny i pokoju. A gdy przyszła kolej na niego musiał sam zostać urzędnikiem w swej fratrii lub demosie. Przeciętnie co drugi rok bywał sędzią helistą; przynajmniej dwa razy w życiu bywał senatorem, a wtedy zasiadał na zebraniach dzień w dzień, słuchając raportów urzędów, uchwalając kolejne odprawy, instrukcje, badając i przygotowując wszelkie wnioski na zgromadzenie ludowe. Wreszcie mógł zostać urzędnikiem państwa, archontem, strategiem itd. z wyboru czy też przez losowanie. Było czym się zająć niemal całe życie i pozostawało niewiele czasu na zajęcia osobiste i na życie domowe. Wobec tego Arystoteles bardzo słusznie się wyraził, że człowiek który musiał zarabiać na życie, nie mógł być obywatelem.

Casus Agnieszka Holland

To straszne, ile nieszczęść może spaść na jedną jedyną osobę. Panią Agnieszkę Holland, sumienie intelektualnej słowiańszczyzny, nie tak dawno temu zawiedli Polacy, głosując w wyborach zdecydowanie nie tak, jak ona sobie tego życzyła. Teraz kolejna miłość Agnieszki Holland, Anglicy, brutalnie zignorowali jej uczuciowe deklaracje i umizgi, bezmyślnie oddając swoją rękę „niechlujnemu narcyzowi”, jak go, doprowadzona do rozpaczy, Agnieszka określiła w swoim pożegnalnym manifeście opublikowanym na łamach „Guardiana” – w nocy z 31 styczna na 1 lutego definitywnie wzięli rozwód z Unią Europejską, perfidnie pogrążając panią Holland w rozpaczy i łzach.

Swoją drogą trzeba mieć nie lada tupet, by sądzić, że posiadło się wyłączność na słuszne poglądy polityczne i monopol na prawdę. Z drugiej strony istnieją również okoliczności łagodzące i być może nie powinniśmy oceniać jednak pani Agnieszki zbyt surowo. Pani Agnieszka kocha Unię Europejską miłością wielką i żarliwą, a przecież powszechne już wiadomo, że kiedy jesteśmy zakochani kora mózgowa, a więc ta część mózgu, która jest odpowiedzialna za logiczne myślenie i ocenianie jest… nieaktywna. Tak, miłość jest po prostu ślepa, a miłość polityczna bywa także i głucha.

Niepolityczne zaimki

Lista przywar polskich polityków przypomina katalog telefoniczny sporego miasteczka. Na czołowym miejscu figuruje oczywiście zaimek osobowy „ja”, następnie nadchodzą zaimki dzierżawcze jak „mój” czy „moje”, a na trzeciej pozycji plasują się zaimki zwrotne typu „sobie”, czy „siebie”. Jednak przywarą zdecydowanie najgorszą, tą, która powoduje większość perturbacji w życiu politycznym kraju, jest nieokiełznana, bezczelna, tudzież bezwstydna megalomania, występująca zresztą u polityków niemal każdego szczebla, od powiatowych poczynając. Polski polityk, pytany o jakiś aktualny problem czy rzeczową ocenę sytuację, nieodmiennie zaczyna wypowiedź od następujących fraz: moim zdaniem, osobiście uważam, zgodnie z moim przekonaniem, prywatnie sądzę, w mojej opinii, według mnie, w moim odczuciu. Nie jest zapewne w stanie nawet wyobrazić sobie, że postawione pytanie wcale nie jest skierowane do niego, do niego jako Nowaka lub Kowalskiego, czyli osoby prywatnej, lecz do reprezentanta pewnego stronnictwa, partii politycznej czy frakcji. Nie, polski polityk jest święcie przekonany, że cały kraj oczekuje tylko na jego najbardziej osobiste, subiektywne, intymne dywagacje na ten czy inny temat i tylko one są ważne i istotne. Polski polityk nigdy nie wypowiada się w imieniu stronnictwa, które reprezentuje. Wypowiada się zawsze we własnym imieniu, podkreśla swoje prywatne zdanie, swoje prywatne poglądy czy prognozy rozwoju takiej czy innej sytuacji. Każdy polski polityk jest zawsze premierem rządu, a przynajmniej przywódcą partii, do której należy. I my wszyscy powinniśmy o tym wiedzieć. Jeżeli nie wiemy, natychmiast nas o tym poinformuje jego zdaniem, odczuciem, poglądem w tej sprawie, przekonaniem, opinią.

Polski polityk prawdopodobnie nie potrafi sobie wyobrazić, że jego osobiste zdanie może wygłaszać jedynie w domowym zaciszu, do żony, do kochanki, do dzieci, ewentualnie do znajomych, i też nie do wszystkich. Polski polityk nie rozumie najwyraźniej, że nikogo nie interesuje jego prywatne zdanie, bowiem prywatne zdanie nie jest w gruncie rzeczy niczym innym jak zwykłą, pospolitą plotką.

W ten oto prosty sposób polska polityka stała się rodzajem zinstytucjonalizowanego plotkarstwa, którego już nawet nikt nie kwestionuje, ba, nikt nie postrzega, chociaż to odrażające plotkarstwo z każdym dniem coraz bardziej dzieli ten kraj i zabija jego społeczeństwo.

Dávila – dwie myśli

Nicolás Gómez Dávila:  Jeśli Europejczyk zdejmie chrześcijańską tunikę i klasyczną togę nie pozostanie z niego nic poza barbarzyńcą o bladym obliczu. 

Zgadza się. (Patrz. Skandynawowie, zwłaszcza Szwedzi).

                                                               ***

Myśl Dávila, która świetnie ilustruje europejską politykę imigracyjną: Przyjmować wszystko, nigdy nie odmawiając, może być wyrazem nie tyle gościnności, co raczej prostytucji. 

Nic o polityce

Zawsze obiecuję sobie, że nie będę pisał o polityce. Polityka jest nudna, powtarzalna, wulgarna, a politycy – jak słusznie zauważył generał George S. Patton – są najniższą i najohydniejszą formą istnienia na naszej planecie. W ciągu tysięcy lat naszej historii zmieniliśmy wiele. Inaczej mieszkamy i żyjemy, inaczej poruszamy się w przestrzeni, inaczej zapisujemy nasze dzieje, spacerujemy nie tylko po Polach Elizejskich, ale i po Księżycu, zanurzamy się w głębinach oceanach, polujemy na wampiry świata cząstek elementarnych, neutrina, rozszyfrowaliśmy nasz kod genetyczny, dokonaliśmy wiele, i tylko politykę uprawiamy wciąż dokładnie tak samo jak wówczas, gdy naszym schronieniem była grota. Polityka nie zmieniła się, nie zmieniły się jej zasady ani metody. I politycy pozostali tym, czym zawsze byli – bandą tryglodytów, którzy chętnie rozdają swoim wyznawcom przegniłe marchewki, a przede wszystkim maczugi.

Obiecuję sobie więc nie pisać o polityce. Ale może nie będzie to o polityce, bo będzie o tryglodytach i mordercach. Właśnie umarł jeden z nich. Castro. Nie ma potrzeby ani go przedstawiać ani o nim wspominać. Jest martwy i tylko to jest istotne. Nota bene, polityczne upiory jego pokroju wyraźnie nie należą do wybrańców bogów, niestety. Zwykle żyją paskudnie za długo. Warto natomiast zwrócić uwagę na reakcje żywych. Te mogą nam podpowiedzieć, gdzie my właściwie żyjemy. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker uważa, że wraz ze śmiercią Fidela Castro świat stracił człowieka, który dla wielu był bohaterem. Federika Mogherini, szefowa unijnej dyplomacji, jest podobnego zdania. Fidel był dla niej „ważną postacią historyczną”. Niedorzeczny Franciszek Papież bardzo współczuje narodowi kubańskiemu i obiecuje modlić się za szanowną ekscelencję Fidela Alejandro. Może warto w tym miejscu nadmienić, że są to ludzie, którzy decydują o naszej rzeczywistości. Albo może warto chociaż zdziwić się, jak to uczyniła europejska komisarz do spraw handlu, Cecilia Malmström, która na jednym z portali społecznościowych napisała, że „Fidel Castro był dyktatorem, który uciskał swój naród przez 50 lat. Dziwne uczucie, kiedy słyszy się w dzisiejszych doniesieniach o składanych mu hołdach”.