Książki i adidasy

Notatka w prasie internetowej. Księgozbiór i archiwum zmarłego w 2016 roku Umberto Eco zostanie przekazany na 90 lat uniwersytetowi w Bolonii, gdzie pracował, a cenna kolekcja starodruków trafi do biblioteki Braidense w Mediolanie. Kolekcja liczy około 30 tysięcy tomów. Na mocy tej decyzji podzielono je między Mediolan, gdzie pisarz mieszkał niedaleko biblioteki Braidense, a jego Alma Mater w Bolonii. Do mediolańskiej placówki trafi 1200 starodruków, wśród nich 380 pochodzących z okresu XVI-XVIII wieku.

Pod spodem tylko dwa komentarze. W jednym ktoś pyta retorycznie, po co to wszystko, skoro i tak nikt tego nie przeczyta, a w drugim ktoś inny stwierdza smutno, że książki leżą dziś w marketach między kartoflami i podróbkami adidasów. To prawda. Księgarnie, te dawne, dumne świątynie książki, znikają z pejzażu naszych miast. W czasach mojej młodości w przeciętnym, stutysięcznym miasteczku istniały co najmniej cztery księgarnie, czasem więcej, i były to niemal miejsca sacrum – wchodziło się tam z szacunkiem, prawie na palcach, mówiło się ciszej, zachowywało stosownie. Księgarzy w żadnym wypadku nie należało mylić czy – tym bardziej – traktować jako sprzedawców. Takie określenie byłoby dla nich ujmą i obrazą. Termin sprzedawca mógł dotyczyć osób handlujących warzywami czy butami, ale nie kogoś, kto zajmował się czymś tak szlachetnym jak książka. Księgarz posiadał status kapłana, osoby wtajemniczonej, obcującej z wyższymi duchami, status kogoś wprowadzonego w misterium intelektu. Zwykły, prosty człowiek rzadko odważał się i rzadko wchodził do takich przybytków jak księgarnia zwyczajnie i prosto z ulicy. Sąsiadka moich rodziców, zmuszona udać się do księgarni, by zakupić podręczniki szkolne dla jej dzieci, idąc tam ubierała się zawsze „jak do kościoła”, jak mawiała, czyli lepiej, w odświętne ubranie. Półki z książkami przytłaczały ją tak bardzo, że traciła oddech, książki onieśmielały, a na widok księgarzy, uroczystych kapłanów tego tajemnego świata, zaczynała jąkać się i pocić obficie. W domu miała trzy lub cztery książki, stały w stołowym pokoju za szybą monstrualnego kredensu, przypominającego jurajskiego gada wbitego ostrymi kłami w seledynową ścianę. Odkurzała je często i zawsze delikatnie, uważnie i z szacunkiem. Ale ten świat już nie istnieje. Dzisiaj mieszkam w ćwierćmilionowym mieście i przymuszając moją pamięć, by odnalazła mi w nim jakąś księgarnię, mimo wysiłków znajduję tylko jedną. Możliwe, że gdzieś indziej, w jakiejś odległej dzielnicy, jest jeszcze jedna. Na pewno nie ma więcej. Książki kupuje się w marketach, między kartoflami i podróbkami adidasów. A ja wciąż je zamawiam i zbieram, chociaż już wiem, że odejdą razem ze mną, pochłonięte przez siłę odśrodkową jakiegoś hydrocyklonu, przestając być Borgesem, Durrellem, Fuentesem, Millerem, Màrai czy Lowrym, a stając się bezimienną, włóknistą, makulaturową masą.

Hans Frank

G. M. Gilbert „Dziennik norymberski”. Hans Frank w rozmowie z Gilbertem: Nie można powiedzieć, że Hitler zgwałcił naród niemiecki – on go uwiódł! Ludzie podążali za nim z szaloną radością, taką, jakiej nie widział pan nigdy w życiu! Niestety, nie doświadczył pan tych gorączkowych dni, Herr Doktor – wtedy miałby pan lepsze pojęcie o tym, co się z nami stało. To było szaleństwo – upojenie. Mówi to Hans Frank, niemiecki zbrodniarz odpowiedzialny za eksterminację dziesiątków tysięcy Polaków i Żydów, grabieże, i zniszczenia poczynione na okupowanych obszarach. A dzisiaj wmawia się nam usilnie, że to nie Niemcy odpowiadają za okrucieństwa drugiej wojny światowej, lecz kilku zwyrodniałych, perwersyjnych nazistów. Sam Frank nie miał w tej kwestii szczególnych wątpliwości. W innej rozmowie z Gilbertem stwierdza, że barbarzyństwo musi być silną, niemiecką cechą rasową. Jak inaczej Himmler mógłby znaleźć ludzi wykonujących jego mordercze rozkazy? Podobną myśl wyraził również Alfred Jodl mówiąc o Hitlerze: Szczególnym sprytem wykazał się w sposobie odwoływania się do ludzi inteligentnych. To nie tylko zdesperowani bezrobotni i pełne emocji kobiety. On odwoływał się również do ludzi inteligentnych. Ruch nigdy nie uzyskałby takiego impetu, gdyby nie poparli go ludzie z reputacją, co dawało mu jakiś prestiż wśród Niemców. Nie bójmy się używać właściwych słów. Za zbrodnie i okrucieństwa drugiej wojny światowej odpowiedzialni są Niemcy, zwyczajni Niemcy, wszyscy Niemcy. Używanie słowa nazista zamiast słowa Niemiec jest bezczelną próbą fałszowania rzeczywistości.