Leon hr. Potocki, „Wspomnienia o Świsłoczy Tyszkiewiczowskiej, Dereczynie i Różanie”: Hrabia Wincenty Tyszkiewicz był charakteru słodkiego, powiem nawet słabego, dodawszy do tego wrodzoną nieśmiałość, nieznajomość ludzi i niedoświadczenie, może z uznanej przez siebie potrzeby wyrobił w sobie upór i nim się uzbroił przeciwko ludziom, wypadkom, przeciwko nawet własnemu sercu, którego kto wie czy się najwięcej nie obawiał, bo czuł jak silnie w piersi jego biło. Chociaż z czasem nabrał doświadczenia, poznał ludzi, ani swej nieśmiałości zupełnie przezwyciężyć, ani się całkowicie uporu pozbyć nie zdołał, ani też sercu położyć tamy nie potrafił, dobroczynność stała się dla niego potrzebą życia, a dobre uczynki chlebem powszednim.
W młodym jeszcze wieku nabrawszy wielkiej tuszy, która później do najogromniejszych doszła rozmiarów, tak że rąk swoich nie mógł spoić, i nosił zamiast fraka lub surduta, po kostki kapotę, na małe guziki od góry do dołu zapinaną; dodajmy do tego nadzwyczaj krótki wzrok, a przekonamy się, iż nie był zwłaszcza przy końcu ruchawym, za to też umysł jego rzadko kiedy odpoczywał, ciągle tworzył, układał, urządzał, poprawiał, doskonalił. Obojętnem okiem spoglądał na obroty ówczesnej polityki i na to co się działo na wielkim świecie, był jedynie zajęty urządzaniem obszernych swych włości, zapewnieniem dobrego bytu poddanym i upiększeniem swej ulubionej rezydencyi świsłockiej. Nie zagłębiał się w naukach, chociaż czuł ich potrzebę i wielce je w drugich cenił; żadnych nie miał nałogów, kart do rąk nie brał, innego nie używał napoju prócz wody, i niezachwianą wierność zachował, niezasługującej podobno na nią małżonce.
Ale najmilszą jego rozrywką czyli raczej słabostką były kobiece plotki, tych chętnie słuchał, co jedna powiedziała, na gorącym uczynku drugiej powtarzał, tym sposobem, nieraz przyjaciółki od serca między sobą poróżniwszy, godzić je potem musiał, a wtedy, dar hojnie ofiarowany jednej i drugiej, bywał najczęściej mocną rękojmią zawartego przymierza.
Pan referendarz każdą stratę czasu uważał za niepowetowaną, dla tego też regularność i akuratność stały się dla niego drugą naturą i prawidłem postępowania; dzień, miesiąc, rok, życie cale zastosowywał do zegarkowego porządku, każda jego czynność odbywała się o naznaczonej porze, nie spóźnił się nigdy o minutkę, ani z terminem w interesie, ani z dotrzymaniem słowa, ani nawet z zapowiedzianemi w sąsiedztwo odwiedzinami.
Razu pewnego, wyjeżdżając do Paryża, obiecał ks. Franciszkowej Sapieżynie być u niej, w Derczynie, na Św. Pelagję, na obiedzie. Minęło kilka miesięcy, dzień imienin księżny zgromadził w komnatach derczyńskiego pałacu ze sto osób z rozmaitych stron kraju, a pana Tyszkiewicza jak nie widać tak nie widać! Zapomniał, — odzywają się jedni, — zamarudził — powtarzają drudzy, — chyba chory, — napomknął ktoś z boku, — nie przyjedzie wołają jednogłośnie prawie; — Przyjedzie! — odpowiada na to pani domu, gdyż nigdy nie uchybił słowu danemu.
Godzina trzecia, dzwonią na obiad, od jadalnej sali otwierają się podwoje, i w tejże samej chwili wchodzi pan referendarz, idzie prosto do księżny, komplement prawi, podaje rękę i do stołu prowadzi. Podług niego, odkładanie do jutra było pierwszą oznaką dezorganizacji umysłowej, opieszałość — nadwątleniem sił żywotnych, lenistwo — sparaliżowaniem woli, marudztwo — marnotrawstwem najdroższego skarbu — czasu.
Pomimo, że referendarz był możnym magnatem, miał wstręt do zbytków, odrazę do skąpstwa, nad intratę nic nie wydawał, ale też i nie oszczędzał, wystarczało mu i dla siebie i na dobre uczynki, a nie mając dzieci nie potrzebował zbierać.