Trzeba być szaleńcem, by chcieć być pisarzem. Nie mam tu na myśli producentów literackiej rozrywki, dostarczycieli horrorów, kryminałów, harlekinów i romansów. Mówię o pisarzach, o prawdziwych twórcach. Miesiące, a nierzadko lata zmagań ze słowami. Podporządkowane temu całe życie prywatne, wszystkie relacje z innymi ludźmi, wyrzeczenia, najczęściej bieda. Potem, kiedy książka jest gotowa, zaczyna się kolejny etap upokorzeń i żebraniny. Nadzieje, oczekiwanie, zawody, rozgoryczenie. Wydawnictwa, które przeważnie nie odpowiadają albo odpowiadają nawet nie zapoznawszy się z książką, traktują pisarza jak petenta, z pogardą nieledwie i lekceważeniem, opędzają się od niego, a w razie zainteresowania targują się o każdy grosz, starając się zapłacić za jego pracę jak najmniej, a najchętniej nic. Potem, w razie „powodzenia”, żałosne honoraria, uzupełniane spotkaniami z czytelnikami, taki seks zbiorowy za kilkanaście euro honorarium plus zwrot kosztów podróży, bo podobno pisarz potrzebuje takich kontaktów. Jakby pisarz istotnie tego potrzebował …