Uwaga na marginesie

Hannibal Lecter jest obecnie bardziej znany niż Hamlet. I bardziej podziwiany. Niewielu dziś wie, kim jest hemingwayowski Robert Jordan, ale wszyscy wiedzą, kim jest Michael Jordan – to mówi wiele o świecie w którym żyjemy. I nie jest to pochlebne.

Hipokryzja

Nic nie przebije polskiej hipokryzji. Oficjalnie nienawidzimy Niemców, a jednak Polak chętnie jedzie do Niemiec, pracuje tam niczym niewolnik, haruje na niemieckich plantacjach, podciera tyłki dogorywającym esesmanom, osiedla się w tam, często zmienia obywatelstwo na niemieckie, jego dzieci uczęszczają do niemieckich szkół, przestają używać własnego języka i nie chcą słyszeć o niemieckich bestialstwach, obozach koncentracyjnych czy przerabianiu ludzi na mydło. W Niemczech żyje obecnie ponad dwa miliony osób polskiego pochodzenia i są drugą co do wielkości grupą migrantów w Niemczech, zaraz po Turkach.  

Za to samo nienawidzimy Rosjan. Polak nienawidzi ich za wszystkie popełnione na jego narodzie zbrodnie, setki lat niewoli i prześladowań, nie ukrywa swojej nienawiść do nich i ich okrucieństw, ale nie jeździ tam do pracy, nie haruje w ich kołchozach, nie podciera tyłków komunistycznych zbrodniarzy, nie zmienia obywatelstwa na rosyjskie, nie mówi po rosyjsku, nawet jeżeli zna ten język, i w żadnym razie nie wychowuje swoich dzieci na Rosjan. Polak nienawidzi Rosjan dokładnie za to samo za co nienawidzi Niemców, ale – najwyraźniej – nie tylko miłość, ale i nienawiść może nosić różne imiona. Niemcy są zbrodniarzami użytecznymi. Można im więc przebaczyć. Rosjanie są zbrodniarzami nieużytecznymi. Dla zbrodniarzy nieużytecznych nie ma przebaczenia.

Lekcja numer 1 dla wszystkich przyszłych zbrodniarzy: starajcie się być użyteczni.

Wehikuł czasu

Wehikuł czasu już istnieje. Jest nim nasz mózg. Nie zawsze jesteśmy tego świadomi, ale nasz mózg nieustannie antycypuje przyszłość, nieustannie wybiega do momentu, który dopiero ma się wydarzyć. Te „wyprawy” są co prawda mikrosekundowe, automatycznie i nieświadome, a jednak niekiedy wystarczające, by – pozornie bez naszego udziału – uchronić jakąś filiżankę przed roztrzaskaniem się o podłogę czy nas samych przed spotkaniem z nadjeżdżającym znikąd pojazdem. To nasza umiejętność odbywania umysłowych podróży w czasie pozwala nam na zrozumienie związku między aktem seksualnym a narodzinami nowego człowieka, siewem a żniwami, pierwszym krokiem i końcem każdej podróży. Zrozumienie korelacji między faktami oddzielonymi od siebie przez miesiące czy lata, wymaga bardziej złożonych zdolności poznawczych, natomiast nasz dar wyprzedzania zdarzeń, nasz prywatny wehikuł czas, rządzi się znacznie prostszymi regułami i jest dostępny dla każdego.

A woman is no longer a work of art

The woman is a work of art, gentlemen. W czasach, gdy dorastałem kobieta była bardziej dziełem sztuki, bardziej przynależała do kultury niż do natury i nie przypadkiem J. Michelet przyznawał jej zaszczytne miano „matki bogów i fantazji”. Na przestrzeni skromnych kilkudziesięciu lat mego życia dokonała się diametralna zmiana. Dzisiaj kobieta traktowana jest i, niestety, sama siebie – z niepojętym, samobójczym upodobaniem – traktuje wyłączne jako wytwór natury. Przestała być zjawiskiem, fenomenem, przestała być matką bogów i fantazji, stała się obiektem skończenie cielesnym, pospolitym produktem natury i niczym już nie różni się od pozostałych istot na tej planecie. Cała jej zagadkowość i tajemniczość, jej kulturowa aura, rozwiała się dziś niczym poranna mgła i prawie nie ma już po niej śladu. A woman is no longer a work of art, gentlemen. Nigdy już z jej powodu nie wypłynie w morze a thousand ships, nikt już nie będzie zdobywał dla niej dumnych miast i nikt nie będzie zakładanych dla niej miast nazywać jej imieniem. A jednak, jak śpiewał pewien gruziński bard imieniem Bułat, czegoś mi żal. Kobieta jako wytwór kultury to była jednak jakaś nadzieja.

Jeździć do Grecji

Parafrazując zalecenie Z. Krasińskiego o podróży do Grecji z Byronem, na Wschód, ku ziemiom, gdzie zrodziły się trzy wielkie religie, tworząc podwaliny naszej cywilizacji i kultury, a przede wszystkim naszej moralności, dzisiaj powinniśmy jeździć do Grecji z Chateaubriandem i z Lamartine`em, nawet jeśli nie bardzo podoba nam się wzniosły stylu pierwszego z nich i religijno-duchowe zwierzenia drugiego.

Jenny Delacroixa

Każdy, kto czytał „Dzienniki” Eugène’a Delacroixa pamięta zapewne pojawiające się w nich co kilka stron imię tajemniczej Jenny. Niewielu jednak wie, że jest nią Jeanne-Marie Le Guillou, oddana gospodyni malarza. Urodziła się w Finistère w 1801 roku, ale o jej dzieciństwie i młodości praktycznie nic nie wiadomo. Rozpoczęła u niego służbę około 1835 roku i pozostała przy nim przez bez mała 35 lat, z ogromnym oddaniem uwalniając go od prozaicznych trosk dnia codziennego. Z biegiem lat stała się również jego powiernicą i przyjaciółką. W roku 1855 Delacroix pisze, że jest „jedyną istotą, której serce należy do mnie bez zastrzeżeń”. Delacroix, melancholijny marzyciel, uwielbiający długie, samotne spacery i obserwowanie przyrody, uważał Jenny za bezwzględnie mu oddaną i niezastąpioną. 2 października 1854 roku zanotował: „Poza jedną istotą na tym świecie, tą, która naprawdę sprawia, że ​​moje serce bije, reszta szybko mnie męczy i nie pozostawia po sobie śladu”. W swojej ostatniej woli życzył sobie, by spoczęła przy nim, by mogła czuwać nad nim przez całą wieczność, jak czyniła to za jego życia. I Jenny Le Guillou wiernie trwała przy nim do jego ostatniego tchnienia, aż do jego śmierci w 1863 roku, w jego mieszkaniu przy Rue de Furstemberg. Zmarła 3 lata po nim, i pochowana została w pobliżu grobowca malarza, pod prostą płytą, na której widnieją jedynie jej inicjały J. & G.

Jej portret wykonany przez Delacroixa, przechowywany w Luwrze, nie przedstawia jakiejś szczególnej piękności. Szeroka twarz chłopki, pełne, zmysłowe usta, mocne spojrzenie kogoś, komu można zaufać. Bardziej prywatna Jenny pojawia się na innym szkicu Delacroixa, tym, gdzie nieoczekiwanie, ale nowatorsko użył brązowego tuszu do zdefiniowania konturów jej twarzy. Tutaj, przypadkowa lub zamierzona nieformalność tej pracy, opowiada znacznie więcej o intymności ich relacji.

Plują czy deszcz pada

Niemiecka minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock wybrała się przed kilkoma dniami z kurtuazyjną wizytą do nowych władz Syrii. Abu Muhammad al-Dżaulani, syryjski dżihadysta, wpisany na listę najbardziej poszukiwanych terrorystów świata, za głowę którego wyznaczona jest przez Amerykański Departament Stanu nagroda w wysokości 10 milionów dolarów, a aktualny szef Syrii, nawet nie raczył podać jej ręki przy powitaniu. W fotografiach prasowych Organizacji Wyzwolenia Lewantu – wypróbowaną metodą afgańskich talibanów – starannie  zamazano wszystkie postacie kobiet, które brały w tym udział. Obecny na tym spotkaniu francuski minister spraw zagranicznych, Jean-Noël Barrot, poinformował nieco wcześniej, że „otrzymał zapewnienia od nowych władz syryjskich, iż w przemianach politycznych zapewniony będzie szeroki udział kobiet”. A on, inteligentny francuski dyplomata, nawet w to uwierzył.

Przypomina to tzw. „Sofagate”, gdy przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen odmówiono zajęcia honorowego miejsca podczas wizyty w Turcji w 2021 r. w wyniku czego poczuła się, bidulka, jak powiedziała później, „zraniona” i „samotna”, obwiniając o to, oczywiście, zwyczajny seksizm. Mam pytanie: czy nikt nigdy nie poinformował te europejskie pseudokrólewny, że w tradycji islamskiej kobiety są dobre tylko i wyłącznie do gwałcenia i produkcji małych dżhadystów?

Wtedy i dziś

Mówiąc o podbojach arabskich w VII wieku rzadko, jeżeli kiedykolwiek, bierzemy pod uwagę fakt, że to wtedy właśnie, przez radykalne odcięcie Wschodu od Europy, niemal doszczętnie zniszczona została wspaniała tysiącletnia jedność świata śródziemnomorskiego. Arabski podbój rozdzielił świat Zachodu, wówczas od dawna już pozbawiony życia miejskiego, od Wschodu, gdzie mimo wszystko wciąż jeszcze trwały, choć w bardzo już zmienionej formie, miasta okresu rzymskiego. Świat arabski nie miał w tym względzie nic do zaproponowania. Różnica między antycznym polis, a arabską mediną jest kolosalna: miasta rzymskiego Cesarstwa cieszyły się samorządem, sprawowanym przez wielkich właścicieli ziemskich, którzy rywalizowali między sobą w fundacjach i subsydiach na rzecz ich własnych społeczności – to właśnie dzięki nim antyczne ruiny Bliskiego Wschodu pełne są kolumnad, bazylik, łaźni, teatrów i świątyń. Jednak grupa ta praktycznie zaczęła zanikać już pod koniec VI wieku. W nowych sponsorów przeobrazili się przedstawiciele religii, biskupi – budowle monumentalne późnego antyku to już niemal wyłącznie kościoły. Jest w tym analogia do miast islamskich, gdzie budynki publiczne to także głównie meczety, fundowane przez władców. Głównym punktem tych miast jest jednak bazar, arabski suq, daleki od jakichkolwiek cech monumentalizmu. Dominująca grupa ludności w mieście islamskim to kupcy, a im obce były polityczne ambicje dawnych oligarchii, a więc w miejsce prostokątnej siatki ulic, amfiteatrów, bibliotek, wspaniałych rezydencji i innych budowli użyteczności publicznej pojawia się do dziś charakterystyczna dla Wschodu plątanina zaułków i ukrytych przed obcymi nieregularnych podwórek.

W basenie Morza Śródziemnego przez całe tysiąclecia powstawały, rozwijały się i upadały państwa, przemieszczały się różne ludy i nacje, rodziły się i umierały różne społeczeństwa, ale kulturowa jedność tego świata niewzruszenie trwała. Tę jedność zniszczył dopiero podbój arabski. I nadal niszczy.

de la Serna

Ernesto Guevara de la Serna, przydomek Che, urodzony w 1928, po zaprowadzeniu komunistycznych porządków na Kubie walczył kolejno w organizacjach partyzanckich w Kongu i Tanzanii, a w 1966 organizował oddziały partyzanckie w Boliwii. Tam też 9 października 1967 roku dostał się do niewoli i został zabity. Jego rewolucyjna filozofia była mieszaniną prymitywnego marksizmu i anarchizującego romantyzmu, a do tego zwykle wypróbowywał te idee zawsze w fatalnym miejscu i w najgorszym momencie. Swoje klęski przypisywał albo spiskom obcych agentur albo błędom w postępowaniu, nigdy jednak nie dopuszczając do siebie myśli, że jego idee i doktryny były fałszywe, nierealne i fantastyczne, o czym świadczy m. in. poroniona próba wprowadzenia rewolucji w Kongu i podobna, w Boliwii, gdzie udał się, by wyzwolić chłopów i to właśnie oni wydali go policji. Nie będzie błędem przypomnieć w tym miejscu, że ten komunistyczny „rycerz bez skazy” miał zwyczaj osobiście rozstrzeliwać więźniów.

Paradoksem dość groteskowym jest posługiwanie się marką Che przez marketing, reklamę, handel i turystykę, czyli przez pieniądz, a więc najbardziej pogardzany przez Che czynnik funkcjonowania świata. Guevara, który nie wiedział, co to urlopy i wakacje, przyciąga teraz turystów do wędrówki „szlakiem Che”, z wycieczką zorganizowaną przez Fundację Che Guevary, co jest przyjemnością za setki dolarów, a jego portret, choć pogardzał strojami i modą, pomaga obecnie sprzedawać podkoszulki, dżinsy, a nawet austriackie narty i zegarki Swatch. Maniak, który podczas konfliktu kubańskiego gotów był wysadzić świat w powietrze, gdyby tylko to on miał o tym decydować, przekształcił się więc ostatecznie w konsumpcyjną ikonę. Życie jest cudownie ironiczne, czyż nie?  

Carska poczta

Pod koniec lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku mój ojciec wysłał do mnie do Szwecji list. Nie był już w najlepszej kondycji psychicznej i mentalnej, więc na kopercie widniało jedynie moje nazwisko i nazwa kraju. Nie było na niej ani nazwy miasta, ani ulicy ani numeru domu. A mimo tego listonosz zapukał któregoś dnia do moich drzwi i z uśmiechem wręczył mi ten list. Moje zdziwienie na widok tak „oryginalnie” zaadresowanej koperty skwitował uwagą, że nie mieli problemu z ustaleniem adresu, bo „poza tobą nikt w naszym kraju nie nosi takiego nazwiska”. Proste i jasne.

Ignacy Jan Paderewski „Pamiętniki”. Około roku 1876, gdy nie miał jeszcze ukończonych szesnastu lat, po powtórnym wydaleniu z konserwatorium w Warszawie, w towarzystwie dwóch kolegów, niewiele od niego starszych, wybrał się na objazd prowincjonalnych miast Rosji i Polski. Dawali koncerty w miejscowościach letniskowych i uzdrowiskach. Eskapada trwała bez mała cały rok, a u jej kresu znalazł się w Petersburgu, wcześniej powiadamiając ojca o swoich przygodach, i otrzymując od niego pieniądze na powrót do domu. Niestety, lekkomyślnie traci pieniądze pożyczając je napotkanemu tam znajomemu, który okazał się pospolitym oszustem. Skradziono także jego bagaż. Pozostaje bez dachu nad głową i bez środków do życia. Ratuje go pewien ubogi blacharz, który nie ma co prawda możliwości, by pożyczyć mu pieniądze na dalszą drogę, ale proponuje kąt w wynajmowanej przez siebie suterenie. Przez ponad dwa tygodnie Paderewski żywi się jedynie chlebem i herbatą, całymi dniami wałęsając się bezradnie po ulicach miasta. Pewnego dnia, gdy zrezygnowany wraca do smutnej i ciemnej suteryny, zatrzymuje go dozorca domu. Pyta go o nazwisko, a usłyszawszy je informuje Paderewskiego, że na poczcie czeka na niego list. Okazało się, że był to list polecony od jego ojca. Zawierał sto rubli, które umożliwiły mu powrót do domu.

Carska poczta, nie mając jego adresu, potrafiła go jednak znaleźć. Zauważmy, że był to rok 1877, carskie imperium było olbrzymim tyglem narodów i ludów, nikt jeszcze nie słyszał o Powszechnym Systemie Ewidencji Ludności, nie było komputerów, Internetu, nie było nawet książek telefonicznych. Proste i jasne? 

Proszę wstać!

Nie brakuje w naszych dziejach wspaniałych postaci, ludzi, którzy wiedzieli kim są i skąd pochodzą. Dzisiaj, w smutnych czasach tusków i karłów, chciałbym przypomnieć jednego z prawdziwie wielkich Polaków, Artura Rubinsteina.

Ten słynny muzyk, którego koncert miał uświetnić konferencję założycielską ONZ w San Francisco w 1945 roku dostrzegł w pewnym momencie, że wśród wielu flag, które miały reprezentować państwa członkowskie, brakuje polskiej biało-czerwonej flagi. Polska należała do koalicji antyhitlerowskiej, była ofiarą nazistowskich Niemiec, a jednak wśród przedstawicieli 50 państw zabrakło delegacji Rządu RP na uchodźstwie i polskiej flagi. Znamy powody, nic się nie zmieniło, ten sam syndrom obserwujemy także i dzisiaj. Artur Rubinstein nie przeszedł jednak nad tym do porządku, jak dzisiaj robi to wielu „naszych reprezentantów„, gotowych raczej szkalować swój kraj niż upominać się o jego prawa. Rozpoczął co prawda swój występ od hymnu Stanów Zjednoczonych, ale przerwał go po kilku taktach, wstał i gromko oświadczył: „Tutaj, w tej sali, chcecie urządzić szczęśliwą przyszłość świata. Brakuje mi chorągwi Polski, za którą walczyliście. Ja tego nie mogę tolerować. Ja wam zagram hymn Polski. I proszę wstać!”.

Powstali wszyscy, łącznie z sowieckim chamidłem Nikitą Chruszczowem, który był członkiem ruskiej delegacji. Wystąpienie Artura Rubinsteina spotkało się z burzą braw i entuzjazmem.

Trzaska i Swetoniusz

Władysław Trzaska, urodzony w 1881 roku, był księgarzem i wydawca, który przed wojną (razem z L. Evertem i J. Michalskim) prowadził Księgarnię i Dom Wydawniczy, jedno z największych wydawnictw II Rzeczypospolitej i jedną z najbardziej renomowanych księgarń wydawniczych dwudziestolecia międzywojennego. To u nich ukazywała się m. in. słynna seria Biblioteka Wiedzy. Z kilkoma pozycjami z tej serii zapoznałem się przypadkiem gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych. Nabyłem je drogą wymiany od jednego z moich przedsiębiorczych rówieśników, który handlował nimi, wykradając je bez skrupułów z rodzinnej biblioteczki jego dziadka, biblioteczki, która cudem przetrwała wojnę. W ten sposób zapoznałem się z pozycjami „Człowiek, istota nieznana”, „Człowiek w czasie i przestrzeni” , tudzież – o ile mnie pamięć nie zawodzi – z bardzo postrzępioną i nadpaloną książką „Łowcy mikrobów” i drugim tomem Encyklopedii Staropolskiej Brücknera, w której brakowało tylu stron, że była to właściwie tylko połowa tomu. Nie wiedziałem nic o wydawcy lub wydawnictwie. Nie były to jeszcze czasy komputerów i googla, a w komunistycznych encyklopediach figurowali jedynie „prawomyślni”. Dla mnie więc książki te były stare, przeniesione z jakiejś dalekiej przeszłości, zapomnianej już i pogrzebanej na zawsze. Nie miałem pojęcia, że Władysław Trzaska żyje, że po drugiej wojnie nie opuścił Polski, że wznowił działalność, do 1951 roku zdołał opublikować ponad 100 tytułów, potem prowadził jeszcze antykwariat, zamknięty ostatecznie dopiero na początku lat 60-tych, że zmarł w 1964 roku, mając 84 lata, a więc wtedy, gdy ja miałem lat 13 i drogą wymiany, za dobrze zachowaną ułańską szablę, zdobywałem jego wydania. Jest coś tragicznego w fakcie, że był mi współczesny, że żył w tym samym czasie co ja, ale w mojej świadomości przynależał do dawno utraconego świata, plasując się w tym samym szeregu co Swetoniusz lub Gajus Salustiusz Krispus.   

Koran i kłamstwo

Koran rozróżnia dwa rodzaje kłamstwa: pierwsze o nazwie takiya oraz jego szyicką wersję kitman. Każdy z rodzajów koranicznego kłamstwa ma na celu pokonanie innowierców, osłabienie ich lub chociaż zdobycie ich zaufania w celu umocnienia islamu nad innymi religiami. Celem al-takiya jest ostateczne zwycięstwo islamu i nie ma tu znaczenia czy ceną za kłamstwa jest czyjaś śmierć. Ważne jest jedynie, by muzułmanin traktował wrogów islamu,  czyli niewiernych, jako podludzi, których można i trzeba okłamywać, bowiem stawką jest zwycięstwo islamu. Pospolitym przykładem takijji jest często spotykane twierdzenie, iż słowo „islam” znaczy „pokój”; ulubiony chwyt stosowany przez wyznawców Mahometa. Jest to kłamstwo, bowiem słowo „islam” oznacza dosłownie „podporządkowanie się”, zaś „pokój” to po arabsku „salam”. Co prawda obydwa słowa posiadają wspólny rdzeń (slm), jednak ich znaczenie jest diametralnie inne. Praktyką podobną do takijji jest ketman, posiadająca identyczny cel. Ketman polega jednak głównie na ukrywaniu istotnej części prawdy, podczas gdy takijja jest kłamstwem wprost. Koran jest zresztą generalnie łaskawy dla wszelkiego rodzaju przestępców. Zaleca na przykład, aby nawet w przypadku, gdy zostaniesz przyłapany na gorącym uczynku, nigdy nie przyznawać się do winy, by kłamać, bowiem – jak tłumaczy – „sprawiedliwość ludzka jest ułomna”. Koran jest bodaj jedyną wśród tzw. świętych ksiąg, która nie tylko otwarcie dopuszcza stosowanie kłamstwa wobec niewiernych, ale wręcz  pochwala, gdy jej wyznawca „dla sprawy” posługuje się kłamstwem. Wyznawcy islamu mają kłamstwo we krwi. Kłamstwo jest dla nich chlebem powszednim. Kłamstwo jest strukturalne w islamie. Wyjątkowo ohydna religia.

Prędkość mózgu

Podobno zmierzono właśnie „prędkość maksymalną” mózgu. Wynik zaskakuje naukowców. Okazuje się, że mózg przetwarza sygnały z narządów zmysłów z prędkością nie większą niż 10 bitów na sekundę. Jest to zdecydowanie żółwie tempo biorąc pod uwagę fakt, że w mózgu znajduje się ponad 85 miliardów neuronów, a każdy z nich jest zawrotnym procesorem informacji, który z łatwością jest w stanie przekazywać znacznie więcej niż te banalne 10 bitów. Nawet nasze zmysły zbierają dane o otaczającym nas środowisku w tempie około miliarda bitów na sekundę. Tymczasem, mimo ogromnego potencjału i możliwości, myślimy wolno, myślimy w bólu, myślimy z wysiłkiem, absolutnie niezdolni do tego, by równolegle przetwarzać wiele myśli naraz.

Naukowcy są tym wyraźnie skonfundowani, ale czy powinni być? Mózg przecież nie został stworzony do myślenia, jego przeznaczeniem nie jest błyskawiczne przetwarzanie i analiza tysięcy różnych danych. Co prawda myśleć znaczy właśnie rozkładać, analizować, ale chyba nie przypadkiem czynimy to połowicznie. Mózg nie powstał jako narzędzie poznawania świata, nigdy nie był i zapewne nigdy nie będzie komputerem. Nie jesteśmy zdolni do myślenia totalnego. Być może na nasze szczęście, bo gdybyśmy potrafili myśleć totalnie, prawdopodobnie nie moglibyśmy ani działać ani żyć.

Pozory

Określenie pozornie nie przywołuje pozytywnych konotacji. Pozornie to złudnie, iluzyjnie, iluzorycznie, fikcyjnie, fałszywie, nieprawdziwie, nieautentycznie, nierealnie, quasi, na niby. Pogardzamy pozorami. Niesłusznie, bo pozory są niezmiernie ważne. Zachowanie pozorów jest ważne. Pozory są szczątkami sumienia. Zachowanie pozorów jest specyficznym wyrazem okazania szacunku bowiem, gdy w interakcjach z nimi staramy się zachować pozory znaczy to, że liczymy się z nimi, że z takich czy innych powodów nie są nam obojętni. Osobiście poważam i cenię sobie trud chama, który usiłuje stworzyć pozory, że jest człowiekiem kulturalnym, bowiem chamstwo, które nie dba o pozory jest czystym barbarzyństwem. Barbarzyńca nie tylko nie dba o pozory. On nawet nie wie, że coś takiego istnieje.

Zezowaty

Strabon. Autor słynnej Geographica hypomnemata, rodzaju starożytnej encyklopedii, zawierającej tysiące nazw geograficznych i wiele informacji z zakresu nauk przyrodniczych, medycyny, historii i innych dziedzin. Nie znamy jego prawdziwego imienia. Nie podał go nigdzie. Imię Strabon pojawia się na greckich inskrypcjach i w greckiej literaturze od IV w. p.n.e. W komentarzu Eustathiosa do Odysei czytamy, że tak miał nazywać się syn Tejrezjasza. Według legendy Hera spowodowała, że jego oczy stały się „rozbiegane”. W łacińskich tekstach literackich rzeczownik pospolity strabo również oznacza tyle, co zezowaty. Kanadyjska badaczka Sarah Pothecary zwróciła uwagę na fakt, że od II wieku przed naszą erą słowo strabo występuje jako cognomen kilku znanych postaci, m.in.: Gnejusza Pompejusza Strabo, ojca Pompejusza Wielkiego. Niektórzy uczeni sugerują, że Strabon miał rzymskie obywatelstwo. Jest bowiem wysoce prawdopodobne, że otrzymał je jego dziadek lub ojciec z rąk Lukullusa lub Pompejusza w podzięce za przekazanie Lukullusowi w czasie trzeciej wojny z Mitrydatesem wielu twierdz w Poncie, i wtedy ten wybitny geograf starożytności nazywałby się Lucjusz Licyniusz Strabo albo Gnejusz Pompejusz Strabo. Możliwe jednak, że sam uzyskał rzymskie obywatelstwo – być może nadał mu je Eliusz Gallus wraz z imieniem i cognomenem skoligaconego z patrycjuszowskim rodem Eliuszów ekwity Lucjusza Sejusza Strabona i wtedy jego nazwisko brzmiałoby Lucjusz Sejusz Strabo.

Encyklopedia

Encyklopedia staropolska Brücknera. Jest unikalna i wspaniała. Przeczytałem ją od strony pierwszej do ostatniej, od pierwszego do ostatniego hasła, przeczytałem z zainteresowaniem, nie nudząc się ani przez moment. To, co powszechnie uważa się za jej słabość, a więc prywatne poglądy Brücknera, jego własne oceny i opinie, jego rozważania na temat narodowego charakteru Polaków, krytyczne uwagi o poczynaniach polskiej szlachty sprawia, że jest ona żywa i interesująca jak dobra powieść. Po lekturze Brücknera wielokrotnie przymierzałem się do przeczytania innych encyklopedii i zawsze bezskutecznie – zwykle po kilkudziesięciu stronach rezygnowałem. Były równie nudne jak książki telefoniczne.  

Starzy ludzie

Starzy ludzie i stare kultury. To samo pragnienie, by unieruchomić czas, lęk przed zmianami, cała uwaga obsesyjnie skierowana do środka, a nie na zewnętrz, niechęć i brak sił do działania, kompromisy dla zachowania iluzorycznego status quo. Cywilizacje starzeją się jak ludzie. Ludzie starzeją się jak cywilizacje.

Bilet wstępu

Konstantynopol upadł w roku 1453. Już w rok później sułtan Mehmed II zamienił świątynię Mądrości Bożej, symbol chrześcijańskiego wschodniego cesarstwa, symbol wrogiej mu cywilizacji, na meczet. I nakazał dobudować cztery minarety. Hagia Sofia pozostawała meczetem przez pięć wieków, do czasu, gdy Atatürk zmienił ją w muzeum, uznając, iż stanowi dziedzictwo całej ludzkości. Dla Atatürka Hagia Sofia nie była symbolem wrogiej mu cywilizacji. Dziś nie jest już dziedzictwem całej ludzkości. Jest ponownie meczetem. Bilet wstępu dla turystów, którzy nie są wyznawcami islamu kosztuje 25 euro, ale mogą zwiedzać jedynie galerię na piętrze – parter budynku jest bowiem dostępny wyłącznie dla  wyznawców Proroka. Alhambra to piękny zabytek arabskiego budownictwa w Europie, jest wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury i bilet wstępu do niej, obejmujący zwiedzanie Alcazaby, pałaców Nasrydów, Partal, Generalife i ogrodów kosztuje 19 euro dla dorosłych – niezależnie od ich wiary. Już ten, pozornie drobny fakt, mówi wystarczająco wiele o tym, czym dzisiaj jest islam.

Młodość

Siłą młodości jest poczucie wyjątkowości naszego własnego istnienia. Zwykle jest ono tak dominujące, że zaciera, unieważnia, a nawet odrealnia istnienie innych. Dzieciństwo i młodość zapisane są w pierwszej osobie liczby pojedynczej. O fakcie, że istnieją też inni i ich istnienie może być równie ważne jak nasze, przekonujemy się dopiero wchodząc w dojrzałość.  

Motyl

Motyl. Piękne, delikatne słowo. Przyjemnie brzmi też po angielsku, butterfly. Szczególnie urokliwy jest francuski papilon. Podobnie po hiszpańsku, mariposa. W najbardziej topornym, ordynarnym i charczącym języku świata, niemieckim, motyl to schmetterling. Już na sam dźwięk tego niemieckiego motylka zaczynamy z niepokojem spoglądać na niebo wypatrując messerschmittów. I pomyśleć, że są tacy, którzy uważają, że niemiecki jest romantycznym i subtelnym językiem. Tymczasem tyle w nim romantyzmu, co w komendach wojskowych, a subtelności prawie tyle samo co w imadle.  

Prywatność

Prywatność. Jeszcze jedna pozornie święta krowa naszych czasów. Przy każdym bez mała kliknięciu na Internecie pojawia się ikona domagająca się zgody na przetwarzanie twoich danych osobowych. Możesz odmówić ujawniania danych osobowych, które dotyczą twego pochodzenia rasowego lub etnicznego, twoich poglądów politycznych, twoich przekonań religijnych, twego światopoglądu, twoich danych biometrycznych, twoich preferencji seksualnych, nawet twojej przynależność do związków zawodowych i harcerstwa, et cetera. Czy naprawdę jest co chronić? Przecież w większości wypadków ta prywatność do złudzenia przypomina totalnie pustą pancerną szafę – przy której waruje kilku śmiertelnie znudzonych strażników.

Kapuściński

Ryszard Kapuściński „Lapidaria IV – VI”:  Jedną z przyczyn kryzysu literatury pięknej jest ta, że czytelnicy utracili wrażliwość na tekst literacki jako na sztukę. Traktują książkę jako źródło wiedzy konkretnej, jako np. podręcznik psychologii, socjologii czy politologii, lub jako przewodnik turystyczny czy poradnik, lub informator. Na próżno, autorze, trudzisz się nad opisem lądu, rzeki, wschodu słońca, deszczu i wiatru, czytelnik pominie te fragmenty, nie zwróci na nie uwagi.

Dokładnie tak. Wrażliwość na tekst literacki, wrażliwość na słowo zanika niemal z dnia na dzień, język coraz częściej i powszechniej chropowaty i ordynarny, bliższy komiksowym skrótom, bliższy onomatopei, już nie opowiada, chamsko wskazuje paluchem, aporrheta, pochrząkiwania niewiele różniące się od tych, które słychać w chlewie.  Niewymowna męka ludzi, gdy muszą coś opowiedzieć lub przeczytać książkę.  

Syndrom sztokholmski

Bracia Goncourt: Wszystko uczy pogardy dla ludzkości, która kocha tylko tego, kto nią pogardza, schlebia temu, kto ją wykrwawia, a sławę w historii i wieczną pamięć zapewnia rzeźnikom.

Tak, to prawda. Jesteśmy dość nędznymi i tchórzliwymi stworzeniami, a termin syndrom sztokholmski, odnoszący się do relacji ofiara-kat, choć wylansowany przez Nilsa Bejerota dopiero po 1973 roku, jest zdaje się równie stary jak sama ludzkość, która zawsze kochała tylko tych, którzy nią bezbrzeżnie pogardzali.  

Kilka słów o nas

To, co wszędzie indziej rozumie się pod pojęciem odwagi cywilnej, w Polsce występuje jedynie w swojej zniekształconej formie, w formie zuchwalstwa. Rzadkie są akty odwagi cywilnej w naszej historii, natomiast aktów zuchwalstwa nie sposób zliczyć. To samo dotyczy odwagi myślenia. To, co u nas bierzemy za odwagę w myśleniu, jest jedynie żałosnym naśladownictwem. Nigdy nie byliśmy zainteresowani prawdą.  

Muszki owocowe i seks

Profesor Galit Ophir-Shohat z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco zaobserwował, że samce muszek owocowych, gdy pozbawione są seksu, natychmiast topią swój smutek w alkoholu: zaciekle tropią wszelkie substancje zawierające etanol i zapijają się na śmierć. Los erotomanów jest więc nie do pozazdroszczenia, nawet gdy jest się muszką owocową – także i w tym wypadku pozostaje wybór tylko między nudą, fikcją i stresem.  

Sentymentalizm

Sentymentalizm jest rodzajem protezy uczuciowej. Jeżeli z jakichś powodów nie masz żadnego dostępu do twoich prawdziwych uczuć, jeżeli nigdy ich nie doświadczyłeś albo wzbudzają w tobie strach, wtedy pojawia się sentymentalizm – zastępuje uczucia w taki sam sposób jak proteza zastępuje brak ręki czy nogi, ale przy odpowiednim treningu i odrobinie socjalnej zręczności może uchodzić, i zwykle uchodzi, za autentyczne uczucie.  

Nasza totalitarna demokracja

Na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale faktem jest, że po raz pierwszy w dziejach żyjemy w czasach, które nie zostały ukształtowane przez elity i których nie kształtują już elity. Nasz świat uformowały masy. J. Ortega y Gasset jeszcze w pierwszej połowie zeszłego wieku wskazał czynniki, które mogą uczynić to możliwym: liberalna demokracja, badania naukowe i industrializacja. Zgodnie z jego przewidywaniami masa zdołała „wystąpić z brzegów”, uformować swoje własne wzorce, ogromne rzesze ludzi zaczęły współtworzyć masowe media, masową ekonomię oraz masowe życie publiczne. W konsekwencji pojawiło się państwo nowożytne, rzeczywistość, której obecnie podlegamy, i która prawie nie ukrywa już faktu, że świat oparty na nieprzeliczalnej masie nie może mieć innego charakteru niż totalitarny. Dziś jest to więcej niż oczywiste, choć wciąż łudzimy się, bowiem masa formalnie nie odżegnuje się jeszcze od demokracji, jeszcze posługuje się tym szyldem, chociaż coraz częściej i coraz bardziej otwarcie rezygnuje z demokratycznych form, zastępując je innymi rozwiązaniami – metafizycznym niemal ubóstwieniem jednostki albo całkowitym przekreśleniem wszelkiej hierarchii. Co gorsza, mimo tysiąca przykładów wciąż nie pozbyliśmy się przekonania, że masa jest bierna. Ale masa nigdy nie jest bierna. Masa zawsze próbuje aktywnie zreformować strukturę, w której funkcjonuje, zawsze dążąc do jeszcze większej potęgi, a obecny rozwój technologii daje jej nowe i zawrotne możliwości w tym względzie. Człowiek masowy nie musi już obawiać się schyłku i upadku – dziś ma narzędzia, by temu zapobiec. Nie on je stworzył, lecz on je wykorzysta.

Militaryzacja Edenu

Stwórca zaprojektował Raj, a następnie umieścił w nim parę ludzi, Adama i Ewę. Stworzył też w Raju rzekę, która miała nawadniać roślinność. Dzięki temu rajskie rośliny były ponoć bujne, zielone i piękne, a niektóre z nich oprócz tego, że były piękne, rodziły także smaczne owoce. Adamowi Stwórca powierzył funkcję ogrodnika i opiekuna zwierząt. Zwierzęta z Raju również były piękne, dumne i okazałe, chociaż kompletnie bezużyteczne i Adam nie miał z nich żadnej pomocy w prowadzeniu rajskiego gospodarstwa. Wszystkiego musiał doglądać sam.

Adam i Ewa byli, oczywiście, frutarianami. Spożywali jedynie owoce, a tych mieli rzeczywiście pod dostatkiem. Wolno im było zrywać je z każdego rajskiego drzewa, z jednym wyjątkiem – było nim drzewo poznania dobra i zła. Od tego drzewa nakazano im trzymać się za daleka, ale zdarzyło się kiedyś, że Ewa, podczas jakiejś przypadkowej rozmowy z wężem, pierwszym na świecie dietetykiem, dowiedziała się, że ich menu – dość jednostajne i nudne – może być znacznie bogatsze, bardziej urozmaicone i zdrowsze. Nie jest wykluczone, że wąż nakłamał coś nie tylko o wiedzy, ale i o proteinie. Tak czy owak, nie wahała się długo. Bez ceregieli zerwała wskazany przez węża owoc – źródła nie podają jego dokładnej nazwy – a następnie, jak na porządną żonę pierwszego człowieka na świecie przystało, podzieliła się nim ze swoim mężem.

I wtedy rozpętało się najprawdziwsze piekło, burza z piorunami, przewrotny wąż ulotnił się dyplomatycznie, Bóg wpadł we wściekłość, Adam bronił się tyleż nieprzekonywująco, co  tchórzliwie, zwalając wszystko na Ewę, a przerażonej Ewie nie pozostawało nic innego jak zwalić wszystko na węża. Bez powodzenia, niestety. Stwórca wcale nie był zainteresowany karaniem podstępnego gada, prawił za to wiele o osobistej odpowiedzialności, nie dał się udobruchać, choć obiecywali poprawę, i wygnał, dożywotnio zakazując im wstępu do Edenu.

Od tamtej pory Eden jest strzeżony przez wirujący nad nim ognisty miecz oraz uzbrojone po zęby oddziały cherubiny. Nie, nie chodzi już o owoc z drzewa poznania dobra i zła. Ta sprawa jest bezapelacyjnie stracona. Militaryzacja Edenu dotyczy następnego zakazanego owocu z rajskiej kolekcji, a jest nim owoc z drzewa życia, drzewa, które daje wieczne życie tym, którzy z niego jedli. Zdaje się, że w Edenie nie mają żadnych, ale to żadnych złudzeń odnośnie naszych marzeń i pragnień – widzą zresztą, że obecnie żyjemy długo, żyjemy coraz dłużej, ale nawet i wtedy, gdy dławimy się i rzygamy już życiem, to i tak chcielibyśmy żyć jeszcze dłużej, i jeszcze, i za wszelką cenę i choćby po trupach, ale żyć.