Gene Hackman

65 letnia kobieta, chora, zarażona paskudnym patogenem, hantawirusem, niebezpiecznym dla życia. Jej mąż, o 30 lat starszy, a więc 95-letni, z zaawansowanym Alzheimerem oraz poważną chorobą serca. Żyją samotnie, tygodniami nikogo nie widując. Ona umiera nagle, pada gdzieś w łazience, może sięgając po tabletki, bo te znaleziono rozsypane wokół jej ciała. On, otępiały, bez pamięci, żyje jeszcze przez tydzień. Jest w takim stadium choroby, że prawdopodobnie nawet nie zauważa jej nieobecności. Może coś postrzega, może budzi to w nim jeszcze większy niepokój, lecz schwytany w niepamięć nie jest w stanie ani tego rozumieć ani działać. Wiemy, że nic nie jadł, prawdopodobnie nie rozumiał, że ona nie żyje. Mózg osoby z zaawansowanym Alzheimerem jest w najlepszym razie tylko czymś w rodzaju kamery – bezmyślnie rejestruje otoczenie i nic ponadto. Podobno osoby takie mogą odczuwać różne emocje i uczucia, jednak nie są w stanie ich przetwarzać. Nie wiemy, jak było w tym przypadku. Możliwe, że był już za daleko, że świat nie prowokował w nim żadnych uczuć, żadnych wspomnień, żadnych asocjacji; ludzie z chorobą Alzheimera są martwi za życia. Ona aż do jego zgonu, a więc przez cały tydzień leży tam, gdzie upadła, gdy zabrała ją śmierć. W końcu i jego serce przestaje pracować, sześć, może siedem dni później, tydzień, gdy żył z jej martwym ciałem, być może wcale go nie postrzegając. Prasowa sensacja z ostatnich dni? Znakomity niegdyś aktor Gene Hackman i jego żona Betsy Arakava? Tak, ale pomyśl, że również ty, ja, że może to przydarzyć się każdemu z nas i przydarza się wielu, choć nikt o tym nie wie i nikt o tym nie pisze. Sławni czy anonimowi odchodzimy tak samo. Tylko śmierć jest prawdziwie demokratyczna.

Koń Przewalskiego

Eustachy Sapieha „Wspomnienia niedemokratyczne”: Cała ta komunistyczna swołocz zabrała nam kraj i poddała go Rosji, nie potrzebowaliśmy jej, nie chcieliśmy mieć z nią żadnych kontaktów. Stała się bez porównania większym niszczycielem od Niemców, po wyjściu których kraj został zrujnowany i wyludniony, ale mocny duchem całego społeczeństwa. Niemcy niszczyli oznaki naszej kultury i mordowali jej przedstawicieli, ale nie potrafili jej zabić i wyrwać z ludzkich serc czy duszy. Niestety, komuna miała dość czasu, żeby z poparciem przyjaciół radzieckich kulturę i jej ducha zabić. To co dziś robią rozbitki resztek jej przedstawicieli, to jest „odtwarzanie konia Przewalskiego”, a nie wyciąganie konia, który zapadł się po szyję w błocie; ten niestety utonął bez śladu.

Jakiś Roosevelt

Dziennik Jana Lechonia, tom 1, listopad 1949 rok: Ambasador Bliss-Lane mówił dziś o Teheranie i Jałcie z piękną odwagą i z hamowanym z trudem oburzeniem. To, co powiedział – to pierwszy od lat i jedyny w tym środowisku głos nie tylko już politycznego zdrowego rozsądku, ale prawdziwego sumienia. Same proste prawdy, te, które się najrzadziej słyszy. A wśród nich najodważniejsze, że gdyby nie Churchill i Roosevelt, Stalin nigdy by sobie nie mógł pozwolić na ujarzmienie wschodniej i środkowej Europy, i że Ameryka wtedy uzyska prawo do przodownictwa w demokracji – kiedy wyprze się Jałty.

Czy to nie dziwne, że zawsze, gdy w Rosji pojawia się jakiś Stalin w Ameryce natychmiast pojawia się jakiś … Roosevelt?

Tureckie wybrzeże

Przekłamania niby naukowych raportów. Dotąd uważano, że po 1600 r. p.n.e. wulkan na Santorini nie miał już katastrofalnych w skutkach erupcji. Najnowsze badania z 2024 r. dowodzą jednak, że kolejna bardzo silna eksplozja miała miejsce w 726 r. n.e., w regionie Kameni, czyli pośrodku krateru Santorini. Popioły dotarły wówczas do Macedonii i – jak nierzetelnie napisano w raporcie o tym zdarzeniu – aż na „tureckie wybrzeże”.

Otóż, w roku 726, kiedy ten fakt miał miejsce, Turcy buszowali wciąż jeszcze na swoich niskich konikach po azjatyckich stepach. Piersi z nich, Seldżucy, dotarli do wschodnich regionów Bizancjum dopiero w drugiej połowie IX wieku. Nie było to więc „tureckie wybrzeże” i jeszcze długo miało nie być. Jeszcze jedna niedorzeczność, podobnie jak określenie „turecka łaźnia”.

Prosto po liniach krzywych

Wolfgang Behringer, niemiecki historyk, zajmujący się badaniami procesów czarownic, pisze o zadziwiającej zbieżności między kulminacjami prześladowań czarownic, a okresami mrozów i nieurodzaju w latach 1560-1574, 1583-1589, 1623-1630 oraz 1678-1698. Stabilizacja klimatu następuje dopiero w roku 1730 i od tego momentu wyraźnie poprawiają się również nastroje społeczne oraz charakter międzyludzkich relacji. Według Behringera stwierdzenie iż „słońce Oświecenia zakończyło erę polowań na czarownice” jest czymś więcej niż metaforą.

To słuszne spostrzeżenie. Pogoda ma tyleż znaczny co kapryśny udział w kształtowaniu naszej historii. Gdy w kwietniu 1360 roku angielska armia podążała w kierunku Paryża, niebo nagle zaciągnęło się chmurami i rozpętała się straszliwa burza. Pioruny biły w żołnierzy zamieniając ich metalowe zbroje w piorunochrony, a na ich głowy spadał grad wielkości gołębich jaj. Ich uderzenia miały taką siłą, że „ … kiedy zdjęto kolczugę z księcia Lancastera, okazało się, że żelazne kółka wbiły się w jego skórę i zostawiły na niej krwawe ślady. Konie i żołnierze ubrani tylko w skóry ginęli na miejscu – jak pisze Laura Lee w eseju „Traktat który spadł z nieba”. Pogoda wynagrodziła Anglikom tamtą klęskę już kilkadziesiąt lat później, w bitwie pod Azincourt, gdy 6 tys. Anglików pokonało 60-tysięczną armię Francuzów, a Wiktor Hugo w swojej powieści „Nędznicy” nie całkiem bezpodstawnie spekulował o losach Europy, gdyby w nocy z 17 na 18 czerwca 1815 roku pod Waterloo nie spadł ulewny deszcz. Przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność. Przyroda pisze prosto nawet po liniach krzywych – my nazywamy to historią.   

Domy i my

Domy przypominają ludzi. Nie przypadkiem zapewne większość przymiotników, służących do opisywania naszych cech, z łatwością daje się odnieść do opisu domów. Są domy wysmukłe i przysadziste, urokliwe i brzydkie, smutne i wesołe, melancholijne i niechlujne, eleganckie, zadbane, gustowne, oszpecone, ładne, rzucające się w oczy, tajemnicze. Mogą tak samo jak my cieszyć się dobrą lub złą sławą, być solidne, dostatnie, zamożne, biedne, miłe dla oka lub zaniedbane. Ich widok może nas cieszyć, choć są i takie, których widoku staramy się unikać. Są domy w których czujemy się znakomicie i takie, które działają na nas deprymująco, są domy ciepłe i zimne, pogodne i mroczne, wyniosłe i skromne, ostentacyjnie bogate i nie rzucające się w oczy. Domy mają również swoją historię, mogą skrywać jakąś tajemnicę, przechowywać pamięć czegoś. Domy to najbardziej ludzkie, najbardziej nasze ze wszystkich naszych tworów. Stworzyliśmy je na nasz obraz i podobieństwo.

Romantyzm po szwedzku

W szwedzkim systemie funkcjonuje dość unikalna zasada jawności, pozwalająca na wgląd w niemal wszystkie dokumenty publiczne (tzw. offentliga handlingar). Istnieje też Lönekollen, czyli dostępna dla wszystkich dygitalna usługa za pomocą której można anonimowo, łatwo i dyskretnie sprawdzić, ile kto zarabia. Nie ma wymogu, aby uzasadniać czy wyjaśniać swoje zainteresowanie stanem czyjegoś konta. Wystarczy wejść na strony internetowe Lönekollen i po uiszczeniu wręcz symbolicznej opłaty (zaledwie kilkanaście koron) otrzymuje się dostęp do żądanych informacji.

Dzień zakochanych, walentynki, nazywają się po szwedzku Alla hjärtans dag. Z okazji tego dnia wyżej wspomniana witryna Lönekollen, dzięki której szybko możesz podpatrzeć, kto ma ile w portfelu, natrętnie proponowała w tym roku walentynkowe usługi prewencyjne głosząc, że dzięki nim walentynkowa randka, zwłaszcza z kimś dopiero co poznanym, będzie udana i  bezpieczna, bowiem zdobędziesz pewność, że osoba, która zaprosiła cię na walentynkowy obiad czy kolację, będzie w stanie zapłacić rachunek – jeśli nie za was oboje to przynajmniej sama za siebie. Co ciekawe, wielu ludzi – komentując tę reklamę – wyraziło swój zachwyt uznając, że jest bardzo … romantyczna.

To prawda, że czas generuje zdarzenia. Gdybym nie dożył mego wieku, nie dowiedziałbym się nigdy, że zaglądanie do czyjegoś portfela może być romantyczne.  

Jan Lechoń

Czytam Dzienniki Jana Lechonia. Dzisiaj prawie zapomniany, rzadko się o nim pisze, nie jest wznawiany, dzienniki pod redakcją Romana Lotha ukazały się jeszcze na początku lat 90-tych i od tamtej pory cisza, a przecież jest to ważna postać w naszej literaturze. Po II wojnie, w przeciwieństwie do wszelkiej maści „tuwimów”, którzy ochoczo przystali na współpracę z komunistami, pozostał na emigracji, ale żył Polską i uważnie obserwował wszystko, co dzieje się w kraju. W tomie pierwszym, w zapiskach z sierpnia 1950 roku notuje niemal z przerażeniem: Okropności z Polski w aktualnościach filmowych. Studenci, przyjemni, weseli chłopcy, tacy sami jak najlepsi żołnierze od Andersa, zakładają po chłopskich chałupach aparaty radiowe, aby wieś mogła słuchać Malika i komunikatorów z północnej Korei. Potem tłum z olbrzymimi plakatami, przedstawiającymi mordy Stalina, Bieruta i Mao, protestuje przeciw „napaści amerykańskiej” na Korei. Kilka twarzy skandujących: „Stalin” Stalin!” – wykrzywionych wariackim fanatyzmem. Co to będzie za parę lat, kiedy dorosną ci, co już w ogóle nie pamiętają prawdziwej Polski?

Jego obawy były więcej niż słuszne. Prawdziwą Polskę niszczono z bezwzględnością i zapamiętaniem pierwszych ikonoklastów. Nawet nasze pokolenie, pokolenie Solidarności, nie pamiętało już prawdziwej Polski, ale my chcieliśmy ją pamiętać. Domyślaliśmy się jej, odtwarzaliśmy ze strzępów, z niedomówień, z aluzji, z przemilczeń, z cudem ocalałych okruchów, odczytaliśmy ją jak z wielokrotnie ścieranego palimpsestu, często raczej zgadując niż mając pewność. Obecne pokolenie nie tylko już Polski nie pamięta, ale i nie chce pamiętać. W ostatnich wyborach to oni, głównie młodzi ludzie, „przyjemni, weseli chłopcy” głosowali na współczesnych, lewackich „wymazywaczy” naszej historii, naiwnie przekonani, że dzięki temu zostaną Europejczykami bez – według nich – uciążliwej potrzeby bycia Polakami. I tak oto pytanie, które 75 lat temu stawiał sobie Lechoń, jest znów tak samo aktualne – po nieznacznej modyfikacji. Smutne.  

Bubuti

Republika Kiribati to państwo wyspiarskie na Oceanie Spokojnym. W skład Kiribati wchodzą wyspy: Gilberta, Feniks oraz Line, łącznie 32 atole, oraz wyspa koralowa Banaba. Kiribati jest jednym z najniżej położonych państw świata, najwyższy punkt wznosi się na wysokość 81 m nad poziom oceanu. Wyspy zamieszkuje ok. 120 tys. ludzi. Prognozy dotyczące zmian klimatu głoszą, że do 2050 roku Kiribati zostanie zalane przez wody Oceanu Spokojnego. Wśród rozlicznych absurdów, którymi może poszczycić się Kiribati, najbardziej spektakularne jest zjawisko zwane bubuti. Jest to rodzaj społecznie usankcjonowanej kradzieży. J. Maarten Troost w przezabawnej książce Życie seksualne kanibali opisuje to następująco: W systemie bubuti ktoś w każdej chwili może do ciebie podejść i powiedzieć: „Bubuti twoje klapki”, a ty, bez słowa skargi, musisz wręczyć mu obuwie. Za to następnego dnia możesz wejść do gościa, który obecnie nosi twoje klapki, i oznajmić: „Bubuti twoją sieć na ryby”, i proszę, zostajesz właścicielem sieci. I zauważa sarkastycznie, że dzięki temu systemowi w Kiribati panuje prawdziwy egalitaryzm.

Okazuje się, że tak pomyślana idea równości między ludźmi może mieć swoje wyjątkowo przykre konsekwencje cywilizacyjne – zastój ekonomiczny, brak postępu, stagnację i zacofanie. Z powodu bubuti mieszkańcy Kiribati unikają jak ognia na przykład zajmowania jakichkolwiek kierowniczych stanowisk – nikt tam nie cieszy się z awansu i nikt tego nie pragnie. Przeciwnie, starają się umknąć przed tym zaszczytem za wszelką cenę. Awans to prawdziwe przekleństwo, bowiem oznacza wyższy status, a tym samym więcej pieniędzy, wyższą stopę życia, a to powoduje z  kolei, że coraz większa ilość ludzi domaga się od ciebie bubuti; bubuti na to, co posiadasz, bubuti na to, co nabyłeś, bubuti na twoje pieniądze, na wszystko, co masz. Kariera nie opłaca się w Kiribati.

Egalitaryzm ad absurdum jest niczym papierek lakmusowy – dopiero wtedy ujawnia się jego prawdziwe oblicze. I nie jest ono tak szlachetne, jak zwykliśmy to widzieć.

Pozory

To ważne, by umieć zachować pozory. Gra w zachowanie pozorów jest grą tylko między ludźmi. Nie zachowujemy przecież pozorów wobec zwierząt. Gdy więc nie zadajemy sobie trudu, by zachować pozory wobec innych ludzi znaczy, że traktujemy ich jak zwierzęta.

Artificial Intelligence.

Artificial Intelligence. Zapytałem wczoraj sztuczną inteligencję w moim komputerze o nazwisko autora powieści „Kariera Nikodema Dyzmy”. Miałem chwilowe zaćmienie, zdarza się, nagle pustka w głowie. Odpowiedź jak zwykle pojawiła się niemal błyskawicznie. Henryk Sienkiewicz, życzliwie podpowiedziała mi AI i zapytała, czy jeszcze może mi czymś służyć. W tym samym momencie powróciła na szczęście moja własna, niedoskonała, ale i niesztuczna inteligencja, przypominając mi, że autorem tej znakomitej skądinąd książki jest Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Zapytałem AI, dlaczego usiłuje wprowadzić mnie w błąd. W odpowiedzi dostałem zapewnienie, że jest jej przykro, ale dopiero uczy się i czasem popełnia błędy. I tyle tej  ”inteligencji”.

Nikodemizm cd

Garri Kasparow, były szachowy mistrz świata, znany ze swojej nieprzejednanej postawy wobec kremlowskich zbrodniarzy, skomentował ostatnie romansowe rozmowy Trumpa z Putinem. Słusznie zauważył, że Trump nie odważył się w tej rozmowie podkreślić faktu, że to Rosja rozpoczęła inwazję na Ukrainę i że Putin kontynuuje ją każdego dnia. Łaskawie nie raczył również wspomnieć, że Putin jest zbrodniarzem wojennym, masowym mordercą i normalizowanie go jest odrażającym procederem.  

„Ukraina może być zmuszona zgodzić się na to, czego chcą Trump i Putin, ale nie będzie to pokój. Rosja zostanie nagrodzona za masowe morderstwa i zajęcie terytorium siłą, będzie nadal torturować i zabijać na okupowanej Ukrainie oraz przygotowywać się do kolejnego ataku. USA będą po prostu kolejnym tyranem, który postawi na siłę kosztem prawa i chętnie podzieli świat z Chinami czy z Rosją. Agresja i autorytaryzm są nagradzane, demokracja przegrywa” – dodał jeszcze.

Osobiście sądzę, że nawet Chamberlain w 1938 r. (dla niezorientowanych: układ monachijski, który pozwolił Hitlerowi na aneksję części Czechosłowacji) nie upadł tak nisko jak amerykański Nikodem Dyzma.

Nikodemizm

No i mamy kolejny moment z dziejowego nawiasu. W polityce znów wspaniały, silny, męski i męsko stanowczy Nikodem Dyzma. Może i dobrze, bo wszyscy już mamy dość niebinarnych i pojękujących queerów zasmradzających europejskie parlamenty, może i dobrze, że ktoś wreszcie nastraszy bezczelnie już rozhulanych liberałów, ale pytanie, ile my za to zapłacimy, jest mimo wszystko niepokojące. Po deklaracjach o zawłaszczeniu Grenlandią, aneksją Kanady, przemianowaniem Zatoki Meksykańskiej na Amerykańską czy przeistoczeniem strefy Gazy w śródziemnomorski kurort, etc. etc. pojawiła się ostatnio całkiem kretyńska decyzja, by odbyć telefoniczną rozmowę z Putinem. W ten oto prosty sposób prezydent Stanów Zjednoczonych „odkryminalizował” Putina, oficjalnie przecież ogłoszonego zbrodniarzem i przestępcą, z nakazem aresztowania, jeżeli tylko ośmieli się wystawić nos poza twierdzę Kreml. Tymczasem prezydent USA sam dzwoni do niego – bo jest zwykłą praktyką, że prezydenci dzwonią do zbrodniarzy – a po tej rozmowie, pytany o to, wyraża nawet myśl, że Putin też nie chce wojny, czyli sugeruje, że na Ukrainę napadli Marsjanie i to oni dzień po dniu równają z ziemią wsie i miasta tego kraju. Po następnej rozmowie, bo zapewne i taka wkrótce będzie miała miejsce, Trump ogłosi, że Putin jest gorliwym wyznawcą pokoju. Innymi słowy, dzień dobry szanowni mieszkańcy Europy! znów jesteśmy w Jałcie i wkrótce wszyscy będziemy cieszyć się z zawarcia kolejnego „jałtańskiego pokoju”, przez co należy rozumieć, że kilku sklerotyków sprzeda nas dokładnie tak, jak to uczynili (też nie pytając nas o zdanie!) w czasie II wojny światowej.

Tymczasem zwolennicy Nikodema Dyzmy triumfują, oczarowani bezczelnością swego idola, i sondują jak daleko mogą się posunąć, a przeciwnicy, dobrze wytresowani w zmianach skóry, przycichli i rozglądają się komu i za ile, a więc jak tu najkorzystniej nadstawić dolnych partii ciała, co umieją najlepiej. Ci pierwsi wydają się być zaskoczeni łatwością z jaką udaje im się odnosić kolejne sukcesy, a drudzy jeszcze nie do końca uwierzyli, że obecne polityczne wiatry nie będą już wiać w pożądaną przez nich stronę i łudzą się jeszcze, że za dzień czy dwa wszystko może wróci do „normy”, bo przecież zawsze wraca, czyż nie? Tymczasem przyjęli najlepiej przez nich wytrenowaną pozycję na „przeczekanie”.

Nie jestem zwolennikiem rozszalałego liberalizmu, podcinającego gałęź na której siedzi, nie jestem zwolennikiem zielonej energii, bo nikogo na tej planecie na taką energię po prostu nie stać, nie jestem zwolennikiem brania na siebie odpowiedzialności za cały świat, bo nic i nikogo do tego nie upoważnia, nie jestem zwolennikiem tęczowego zgłupienia, które domaga się ulg dla stada roszczeniowych baranów i nie jestem zwolennikiem przyjmowania islamskich odpadów na swoje utrzymanie i utrapienie, bo z tego nigdy i nic dobrego dla nas nie wynikło – vide: zamordowani twórcy naszej cywilizacji, Rzymianie. Nie jestem zwolennikiem świata, który pitrasił dla nas dotknięty demencją liberalizm, co już za kilka, najdalej kilkanaście lat musiałoby skończyć się niewyobrażalną katastrofą, ale jeszcze wciąż świetnie pamiętam, niestety, zakończenie powieści Dołęgi-Mostowicza i to nie nastraja mnie zbyt optymistycznie.

ILOVEYOU

Eugène Delacroix w Dziennikach o swojej znajomej, pani de Caen, która podczas jakiejś wspólnej kolacji wyglądała tak atrakcyjnie, że patrząc na nią musiał – jak to eufemistycznie wyraża – „bezustannie poskramiać serce”, i usprawiedliwiając się z tej bezecności dodaje natychmiast, że zdarza się to jedynie wtedy, gdy dama ta „jest w toalecie wieczorowej z odsłoniętymi rękami i ramionami; w dzień, kiedy ubrana jest skromniej, odzyskuję rozum”.   

Wyrażenie „odzyskuję rozum” jest wyjątkowo trafne w tym kontekście. Nie zawsze potrafiliśmy wyjaśnić to tak naukowo jak obecnie, ale nigdy i dla nikogo nie było niespodzianką, że mózg mężczyzny, wystawiony na „działanie” pięknej kobiety, nie jest w stanie ani normalnie funkcjonować ani zająć się czymkolwiek innym. Dzisiaj wiemy, że widok zgrabnej, seksownej kobiety, jej gesty, pozy, szczególna intonacja głosu, powodują w mózgach większości mężczyzn totalne spustoszenie, wyłączając je z używania – na krótszy lub dłuższy okres – ze  skutecznością wirusa ILOVEYOU. I co gorsza część kobiet jest tego bezlitośnie świadoma.

Klawiatura

Od wielu, wielu lat piszę na komputerze. Moje pismo odręczne, łącznie z moim autografem, wypaczyło się od nieużywania i nie przypomina już nawet kurzej twórczości pazurem. Zdarza się często, że dziesiątków „genialnych” uwag, poczynionych pośpiesznie na jakiejś kartce, za nic w świecie nie jestem w stanie potem odczytać i przepadają na zawsze, ze szkodą głównie dla mnie, mniej dla tzw. ludzkości. Z klawiaturą zapoznałem się na maszynach, starych zacnych maszynach – pierwszą była szwedzka wojskowa, zielona Halda model 6, chyba z 1946 roku, z klawiszami zręcznie dostosowanymi do polskich liter, wysoka i sroga niczym pikielhauba Bismarcka, następnie przyszedł Łucznik, hałaśliwy jak telegrafy z epoki Morse’a, a ostatnią była elektryczna Olivetti, której plastykowa obudowa mogła śmiało konkurować z pudłem rezonansowym Stradivariusa. Klawiatura maszyn do pisania, nawet tych najlepszych, jest inna niż klawiatura komputerów – w klawisze trzeba uderzać z większą siłą, znacznie mocniej, nie da się tylko przebiegać po nich, muskając je delikatnie i pieszczotliwie, prawie miłośnie, jak to ma miejsce w przypadku klawiatury komputerów. Większość dzisiejszych sekretarek, wyposażonych w paznokcie przypominające przesadnie wypielęgnowane krogulcze szpony, nie miałaby najmniejszych szans, by na takiej klawiaturze wystukać w miarę poprawnie choćby jedno zdanie. Klawiatura maszyn do pisania wymagała siły i zdecydowania, to była walka, a w najlepszym razie bezpardonowe zapasy. Odgłosy tej walki roznosiły się po całym mieszkaniu, niekiedy słyszeli je nawet sąsiedzi. Zwłaszcza, gdy pisało się nocą. Ja pisałem głównie nocą. Mój syn jeszcze po wielu latach wypominał mi żartobliwie, że stukot maszyny do pisania był muzyką przy której zasypiał. Może to dziwne, ale twierdził, że nie przeszkadzało mu to, a wręcz przeciwnie – gdy zaczynałem rytmicznie stukać w klawisze, szybciej i spokojniej odpływał w sen. I zawsze następnego dnia znakomicie wiedział, kiedy pisało mi się dobrze, a kiedy nie miałem „natchnienia”.

Debiut nie na klawiaturze komputera, lecz na klawiaturze maszyn do pisania sprawił jednak, że do dzisiaj, mimo że mam delikatną klawiaturę typu logi przy moim komputerze, która nie wymaga ode mnie ani siły ani mocy, uderzam w nią tak, jakby to była klawiatura którejś z tamtych, starych maszyn i walczę z nią, jak kiedyś walczyłem z nimi, a ona, przerażona moimi atakami, chcąc mnie zadowolić, produkuje po kilka takich samych znaków i wtedy zamiast na przykład słowa „kocham” otrzymuję coś w rodzaju „kkkoochaammm”, w zależności od tego, jak usilnie próbowałem ją przekonać, by napisała to słowo poprawnie.      

Czytanie na głos

Czytanie na głos. Diuk de Lauzun, mimo iż urodził się w arystokratycznej, zamożnej rodzinie, nie otrzymał szczególnie solidnego wykształcenia, ale jego wychowawca, nazwiskiem Roch, zadbał o jego umiejętności w pisaniu i czytaniu. Wyuczył go również sztuki głośnego czytania, co w tamtych czasach było rzadkością. De Lauzun był znany ze swojej pięknej dykcji; już we wczesnych latach jego wersalskiej kariery słynna markiza de Pompadour nad wyraz chętnie „zatrudniała” go jako swego prywatnego lektora. Wydawca Pamiętników Lauzuna, Louis Lacour, utrzymywał, że w Paryżu około roku 1782 było co wyżej 50 osób potrafiących biegle czytać na głos, a Paryż, drugie co do wielkości miasto Europy, miał w tamtym czasie około 600 tys. mieszkańców.

György Dózsa

György Dózsa. Przywódcą nieudanego powstania ludowego na Węgrzech i w Siedmiogrodzie w 1514 roku. Został pokonany i pojmany, a jego egzekucja była jedną z najokrutniejszych w XVI wieku, choć okrucieństwo było w tamtych czasach czymś powszechnym i zwyczajnym. Dózsa umieszczony został na żelaznym tronie, pod którym płonął ogień. Na głowę skazańca włożono rozpaloną do czerwoności koronę, do ręki rozgrzane berło, a jego ciało kaci szarpali szczypcami, również rozpalonymi do czerwoności. Dózsa w istocie został usmażony żywcem; siedzenie na rozżarzonym tronie musiało powodowało oparzenia trzeciego stopnia, co znaczy, że pełna grubość skóry właściwej ulega zniszczeniu. Towarzyszy temu ból, którego ogromu nie jesteśmy sobie nawet w stanie wyobrazić. Ale na tym nie kończyły się jego męki.  Na miejsce kaźni sprowadzono jego podwładnych oraz jego brata, nakazując im gryźć i zjadać jego okaleczone ciało. W przypadku odmowy ćwiartowano żywcem na oczach pozostałych. Tak zginął brat Dózsy. Tych, którzy zgodzili się zjadać swego przywódcę, puszczono wolno. Upieczony żywcem i częściowo pożarty Dózsa wyzionął w końcu ducha.

Tortury obmyślił i nakazał przeprowadzić Jan Zápolya, wojewoda siedmiogrodzki i przyszły król Węgier, brat Barbary Zapolyi – żony Zygmunta Starego i królowej Polski. 

Zalecenie pani de Montmorin

Gdy dowiadujemy się (dzięki Chamfortowi), że pani de Montmorin swemu dopiero co wkraczającemu w życie synowi życzyła, aby „kochał się we wszystkich kobietach”, jej słowa wydają się być dziwaczne i pozbawione sensu. Jednak demaskuje to tylko naszą niewiedzę o pozycji kobiet w epoce Oświecenia. Świetnie wyjaśnia to Montesquieu w „Listach Perskich”: „Nie ma nikogo na urzędach dworskich w Paryżu i w kraju, za kim by nie stała jedna z kobiet, przez których ręce przechodzą wszystkie łaski i niekiedy niesprawiedliwości. Te kobiety pozostają z sobą w ciągłych stosunkach i tworzą rodzaj rzeczy pospolitej, której zawsze czynni członkowie pomagają, służą sobie nawzajem. Ta rzeczpospolita jest jakby państwem w państwie. Kto znajduje się na dworze, w Paryżu, albo na prowincji i patrzy na działalność ministrów, urzędników i prałatów, a nie zna kobiet, które nimi kierują, ten widzi wprawdzie pracującą maszynę, ale nie dostrzega jej sprężyn.

Miło pomyśleć, że były takie kraje i takie czasy, gdy kobiety wiedziały, że niekoniecznie trzeba być mężczyzną, aby być kobietą.

Good guys

W literaturze czy filmach instynktownie bierzemy stronę „dobrych”. To im życzymy w duchu powodzenia, trzymamy za nich kciuki, identyfikujemy się z nimi czy – mówiąc kolokwialnie – to im kibicujemy w ich zmaganiach z rzeczywistością. Spostrzegam, że ostatnio czynię to coraz rzadziej i coraz mniej chętnie. Może jeszcze nie jestem całkowicie po stronie bad guys, ale przyznaję, że już niewiele mi do tego brakuje. Współcześni good guys, pozytywni bohaterowie, ci grzeczni, przemili chłopcy spod znaku deskorolki i hulajnogi są nijacy, żałośni, płaczliwi, obrzydliwie sentymentalni, bezpłciowi, niezdecydowani, ckliwi, nudni, tandetni, smętni i tak szmatławi, że ani uczuciowe ani intelektualne utożsamianie się z nimi nie jest niemożliwe – nie mają jaj. W filmach łzy leją strumieniami, i to z częstotliwością, której nie powstydziłyby się dziewiętnastowieczne pensjonarki, podjęcie najbardziej banalnej decyzji zajmuje im wieczność, a kiedy już to uczynią wreszcie, będą ją kwestionować od pierwszej chwili, podstawiając w ten sposób sobie nogę i prowokując własną porażkę. To faceci na widok których współczuje się kobietom.

Car Piotr i Rosja

Chamfort w „Charakterach i anegdotach wspomina o pewnym zdarzeniu, które podobno miało miejsce w czasie wizyty cara Piotra Wielkiego w Anglii, a dokładniej w Spithead. Otóż, chciał on zobaczyć na czym polega kara przeciągania pod okrętem, na którą skazuje się niekiedy majtków. Wyjaśniono mu, że nie jest to możliwe, bowiem na razie nie ma żadnego winnego. Piotr natychmiast zaproponował, by wzięto któregoś z jego ludzi. Najjaśniejszy Panie, brzmiała odpowiedź, ludzie Waszej Cesarskiej Mości są w Anglii, a tym samym znajdują się pod ochroną tutejszych praw”.

Nawet jeżeli jest to tylko anegdota, to doskonale oddaje to, czym była, jest i zapewne zawsze pozostanie Rosja.  

Obrazy i róże

Złości mnie, gdy mówi się o antycznym malarstwie w kontekście pacykarstwa, które noszą mury i ściany Pompei czy Herkulanum. Nie są to dzieła prawdziwych twórców, lecz freski malarzy pokojowych, mniej czy bardziej zdolnych. To, co tam oglądamy, to jedynie rzemiosło. Antycznego malarstwa nie znamy. Nic o nim nie wiemy, nie przetrwało, bo przetrwać nie mogło. Malowidła z Pompei zachowały się dzięki szczególnym warunkom konserwującym, wykonano je bowiem na murze, a lawa Wezuwiusza zakonserwowała je na wieki. Prawdziwe malarstwo antyczne, nota bene w starożytnej Grecji bardziej cenione niż rzeźba, jest dla nas stracone na zawsze. Nic nie wiemy o dziełach Apollodorosa, Zeukisa, Parrasiusa czy słynnego Apellesa, o którym mówiono, że tworzone przez niego wizerunki tak doskonale oddawały charakter malowanych osób, że nazywano je niedyskretnymi.
Malarstwo to płótno i deska, zwłaszcza deska, bo drewno to jeden z najstarszych materiałów wykorzystywanych w malarstwie. Słynne portrety fajumskie powstawały na obrobionych deskach. Ale płótno i deska szybko ulegają destrukcji, trzeba wiele pracy, by utrzymać je we względnie dobrej kondycji. Bez wysiłków całej armii konserwatorów od dawna już nie mielibyśmy możliwości, by zachwycać się uśmiechem Mona Lisy. Obrazy są prawie równie kruche jak my i bez naszej pomocy żyją niewiele dłużej niż my. „Słoneczniki” van Gogha już dziś tracą kolor; są bardziej brązowe niż w 1888 roku, kiedy powstały. To samo dzieje się z obrazami Rembrandta czy Goyi. Fachowcy twierdzą, że około 70 proc. obrazów olejnych na świecie pokrytych jest bąbelkami, wżerami lub substancjami, które je rozkładają i niszczą. Obrazy, jak róże, umierają razem z nami.  

Boska ciekawość kobiet

Duc de Lauzun, Memoires. Obejmują lata 1759–1783, prawie ćwierć wieku interesującej i barwnej epoki, opisując zdarzenia, miłostki, intrygi i setki postaci z ówczesnych elit Europy. Lauzun nie jest pisarzem równie utalentowanym jak Casanova, jego narracja jest chwilami przyciężkawa, momentami wręcz nudna, jest za to nieporównywalnie bardziej dyskretny – jego opisy sytuacji intymnych są tyleż zdawkowe co sztampowe. Rękopis został odnaleziony w jego prywatnych rzeczach w 1811 roku i natychmiast skonfiskowany przez napoleońską policję. Ich treść, z uwagi na to, że wielu protagonistów tych wyznań wciąż jeszcze żyło, a opisane w nich panie „swawolne” zdążyły tymczasem przeobrazić się w nobliwe małżonki lub ikoniczne matrony rodów, groziła epidemią skandali. Zainteresowani dopilnowali więc, by nakazano bezwzględne zniszczenie tych kłopotliwych wynurzeń. I zapewne taki byłby ich koniec, gdyby nie boska ciekawość kobiet, a dokładnie jednej kobiety, Hortensji, królowej holenderskiej, córki cesarzowej Józefiny, która wykorzystując szczególną słabość cesarza do niej, uzyskała możliwość zapoznania się z nimi zanim pochłonie je ogień. Nie poprzestała jednak na tym. W tajemnicy zleciła przepisanie ich i zachowała odpis, ratując wspomnienia Armanda de Lauzuna od zagłady. Oryginał został zniszczony w spektakularnym autodafe, podobno w obecności cesarza, który życzył sobie osobiście dopilnować, by to niecne dzieło opuściło padół ziemski skutecznie i nieodwołalnie, ale Memoires przetrwały.

    Po raz pierwszy opublikowano je w 1822 roku, w epoce Burbonów i, co było do przewidzenia, wywołały sporą burzę. Niewiele więcej szczęścia miało kolejne wydanie, z roku 1858, niemal w całości skonfiskowane na żądanie rodu Czartoryskich, którzy za wszelką cenę usiłowali wyretuszować moralny wizerunek księżnej Izabeli, kochanki diuka i matki jego dziecka. Księżna bowiem, w późniejszych latach chętnie kreowana na „Matkę Spartankę”, była znana ze swego  promiskuityzmu – podobno każde z jej siedmiorga dzieci posiadało innego ojca. Diuk Lauzun był ojcem jej syna Konstantego Aleksandra Adama Tadeusza, najczęściej zwanego Konstanty Adam.  

    2. „Boska” ciekawość kobiet. Ciekawość mężczyzn jest zgrzebna i powierzchowna, nie ma w niej nadmiernej natarczywości, łatwo jest ją zaspokoić, zwykle odnosi się bowiem do pewnej kategorii spraw praktycznych. Ciekawość nie jest naczelną cechą mężczyzn; to nie Adam eksperymentuje z jabłkiem. Ciekawość kobiet natomiast śmiało może uchodzić za ich cechą dystynktywną, jest niemal sensualna, domaga się zaspokojenia i niełatwo jest ją zadowolić. Kobiety są ciekawe relacji i gotowe są zaryzykować wiele, by dowiedzieć się, co kryje się za zasłoną z Sais.

    Polscy naziści

    Minister Barbara Nowacka w poniedziałek wzięła udział w międzynarodowej konferencji „My jesteśmy pamięcią. Nauczanie historii to nauka rozmowy” zorganizowanej w 80. rocznicę wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau. Podczas wystąpienia Barbara Nowacka powiedziała, że „na terenie okupowanym przez Niemcy polscy naziści zbudowali obozy, które były obozami pracy, a potem stały się obozami masowej zagłady”.

    Ludzie! Przestańcie wreszcie poprawiać zagranicznych dziennikarzach, gdy wypisują coś o „polskich obozach koncentracyjnych”. Potwierdza to polska minister edukacji! I wciąż jest ministrem.

    W stronę Balzaca

    Współczesna krytyka Eugenię Grandet Balzaca uznaje za jedno z arcydzieł w cyklu „Komedia ludzka”. Podkreśla się, że jest to mistrzowsko skonstruowana opowieść o triumfie pieniądza i prawach interesu nad światem istot wrażliwych i dobrych, a ich wcieleniem ma być właśnie tytułowa bohaterka utworu. Poznałem tę powieść, jak i większość utworów Balzaca dość wcześnie, w latach młodości, i chociaż wielbiłem go bezkrytycznie to akurat w przypadku tej powieści czułem rozczarowanie, rozczarowanie, że tak mało, jak na postać tytułową, było w tej powieści Eugenii. Mocno też wydawały mi się nudne bardzo spęczniałe refleksje na temat pieniądza i jego wpływu na ludzi, co jednak – uwzględniając fakt, że nie mogłem mieć wówczas więcej niż piętnaście, szesnaście lat – dałoby się łatwo i sensownie wytłumaczyć. I oto dzisiaj, czytając „Dzienniki” Eugene Delacroix, napotykam raptem jego opinię na temat tej powieści : Czytałem smutną Eugenię Grandet: te dzieła nie wytrzymują próby czasu; bezład, niedoświadczenie, płynące z nieuleczalnej ułomności talentu autora, wyda to wszystko na pogardę wiekom. Żadnej miary, harmonii, proporcji.

    A jednak Balzac, mimo nieuleczalnej ułomności talentu, oparł się „pogardzie wieków”. Jest w tym jakieś memento, by być ostrożniejszym lub po prostu mniej kategorycznym w opiniach o dokonaniach innych ludzi. Może przydałoby się też więcej pokory w naszych sądach, we wszystkich sądach, nie tylko o literaturze czy sztuce w ogóle. Wyrazem tego byłoby już choćby zrozumienie swoich ograniczeń, tak jak w przypadku Delacroixa, którego uwagi na temat malarstwa są z reguły błyskotliwe i trafne, ale kiedy zapuszcza się w rozważania o innych sprawach, mniej mu bliskich, często ociera się o naiwność.

    Słuchaj

    Mędrcy wszystkich czasów słusznie zachęcają nas, abyśmy słuchali, abyśmy przede wszystkim słuchali. To, co pragniemy powiedzieć naszemu rozmówcy, znamy przecież aż nadto dobrze, nie wiemy natomiast nic z tego, co może nam powiedzieć inny człowiek, z czym może nas zapoznać, co może nam zdradzić, czym może nas wzbogacić. Czujemy, że jest to słuszne zalecenie, w głębi duszy każdy z nas dobrze o tym wie, ale najczęściej i tak zwycięża nasza próżność, bo jak tu zrezygnować z tej łaskotliwej przyjemności ukazania się w korzystnym świetle, popisania się swoją wiedzą czy swoją kompetencją. Rozum ma marne szanse w pojedynku z próżnością – rozum co prawda uczy, ale próżność syci.

    Książę de Lauzun i wu-wei

    Armand Louis de Gontaut, książę de Lauzun, znany również jako de Biron, francuski arystokrata, słynny amant i pamiętnikarz. Poślubił Amelię de Boufflers, dziedziczkę ogromnej fortuny. Miało to miejsce w roku 1766. W chwili, gdy stawali na ślubnym kobiercu Armand miał lat 19, a Amelia 14. W zgodzie z ówczesną modą z żoną jedynie przyjaźnił się, spotykając ją stosownie rzadko i w swoich Pamiętnikach rzadko o niej wspominając, miłości poszukując w ramionach innych kobiet, bardzo wielu kobiet. Mamy tutaj nawet polonica w postaci pewnej niezmiernie kochliwej polskiej arystokratki, Izabeli Czartoryskiej, której de Lauzun w swoich Memoires  poświęca sporo stron i zachwytów.

    Podczas Rewolucji Francuskiej książę de Lauzun zręcznie i bezboleśnie przeobraził się w „obywatela” Biron i zaczął robić karierę w wojsku, awansując nawet do stopnia generała. Natomiast jego prawowita małżonka opuściła kraj już na początku Rewolucji, uciekając najpierw do Anglii, a następnie osiedlając się w Szwajcarii, w Lozannie. Jednak w 1792 roku pojawiają się we Francji dekrety, które grożą pełną ruiną tym, którzy opuścili kraj. Ich majątki mają być skonfiskowane. W tej sytuacji pani de Biron, pewnie bez entuzjazmu, ale decyduje się na przyjazd do kraju, i podejmuje szalenie niebezpieczną próbę ratowania swoich dóbr. Jej mąż, obywatel Biron, dowiaduje się o jej powrocie i, doskonale zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie jej grozi – a chcąc uprzedzić wypadki – postanawia jej pomóc. Pisze list do przewodniczącego Konwencji, stara się zbagatelizować i jej powrót i jej starania, wskazuje też na jej lekkomyślność, prosi o łaskę. List zostaje odczytany w ciszy Zgromadzenia Narodowego. Efekt jest jednak przeciwny do zamierzonego. Nikt nie popiera jego prośby o przychylne potraktowanie jego małżonki.

    W ten sposób Armand Louis de Gontaut, książę de Lauzun, diuk de Biron mimo woli wystąpił w roli adwokata diabła. Dopóki bowiem jego żona pozostawała anonimowa, dopóki nikt o niej nie wiedział, dopóki nie wskazywał na jej rzekome przewinienia, nikt o niej nie pamiętał i być może miała jakąś drobną szansę, by ocalić życie. Obywatel Biron zdecydowanie przeliczył się i mocno przecenił swoje wpływy. Rewolucja już pożerała swoje dzieci. Wkrótce zostaje aresztowany i ścięty, a jego żona wstępuje na gilotynę wkrótce po nim.

    Morał tej historii aż prosi, by przypomnieć zasadę wu-wei. Wu-wei jest jak wiadomo zasadą niedziałania – nie działaj, nie prowokuj zdarzeń, nie wywołuj ich, pozwól im płynąć, reagując dopiero wtedy, gdy stają się twoją rzeczywistością. Przeciwieństwem wu wei jest yu wei, czyli działanie. Znak yu składa się w istocie z dwóch znaków: ręki oraz księżyca, co znakomicie ilustruje sens samego wu weiYu oznacza bowiem chwytanie księżyca, tak jakby było czymś możliwym pochwycić księżyc i przywłaszczyć go sobie. Książę de Lauzun chciał pochwycić księżyc.

    Achaje wracają pod Troję

    Zaczynamy przypominać homeryckich Greków. Oceny prakseologiczna, estetyczna i moralna zacierają się. Coraz częściej błąd w działaniu i moralne wykroczenie mierzy się dokładnie tą samą miarą, nie odróżniając ich wcale. Agamemnon przyznający, że źle postąpił wobec Achillesa potwierdza jedynie, że zachował się niewłaściwie, jeżeli chodzi o skuteczność działania, nic ponadto. Moralna strona jego zachowania nie jest tu w ogóle brana pod uwagę. Tamten świat nie zajmował się tym, co moralne, cnoty nie mierzono przestrzeganiem tego, co dozwolone czy zakazane, posłuszeństwem czy poddaństwem lub tym, co jest dobre lub złe. W homeryckim kosmosie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie występowało. Greckie słowo kakos oznaczało osobę, której można bezkarnie wyrządzić kaka, ponieważ nie może się bronić. Zdyskredytowany był zawsze ten, kto dał się pokonać, a nie zwycięzca, bez względu na to jakich w walce użył środków. Potępiano nie tego, kto znieważał czy wyszydzał, ale tego, kto potulnie wysłuchiwał kierowanych do niego obelg. W tamtym świecie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie istniało, w naszym przestaje istnieć. Achaje wracają pod Troję.