Lustra

Ze wszystkich otaczających nas przedmiotów najniebezpieczniejsze jest dla nas lustro. Lustra są nazbyt ludzkie i wobec luster, identycznie jak wobec ludzi, nigdy nie potrafimy być obojętni. Stając przed lustrem zawsze „robimy” twarz, zawsze ją układamy, prawie tak, jak przed innym człowiekiem. Przyglądamy się w lustrach, ale z naszych twarzy w lustrach nie potrafimy nic odczytać. W głębi nas samych wiemy, że jest to niemożliwe.

Issak Asimov

”Zapiski błądzącego umysłu” Isaaka Asimova. W eseju ”Starodawna przemoc” stwierdza on, że przeludnienie, zanieczyszczenie środowiska i niedobór surowców, a nie przemoc, należy uznać za największe zagrożenie dnia dzisiejszego. Ratunek przed nieodwracalną klęską widzi Asimov we ”współdziałaniu i determinacji wszystkich ludzi na świecie”. Niech mi wolno będzie postawić naiwne pytanie: współdziałanie kogo z kim? –  głodnego z sytym? biednego z bogatym? fanatyków ”poczętego życia” ze zwolennikami aborcji? członków Moral Majority z naukowcami? a może kreacjonistów z darwinistami? islamskich fanatyków z feministkami? terrorystów z pacyfistami? ekologów z przemysłowcami? narkomanów z urzędnikami? komunistów z chłopcami z Wall Street ..? Lista jest bardzo długa, interesy biegunowo różne.

Nie będzie żadnego porozumienia. Nie będzie żadnego współdziałania. Nie ma żadnej globalnej polityki odnośnie tych problemów. Przepaści są zbyt wielkie, różnice zbyt przepastne. Wszystkie dotychczasowe propozycje dotyczące wyrównania tych różnic śmiało można zaliczyć do kategorii czystej fikcji i utopii. Tymczasem pewne jest tylko to, że biedni stają się coraz biedniejsi, a bogaci coraz niechętniej dzielą się swoim bogactwem. Idea pomocy krajom Trzeciego Świata okazała się fiaskiem. Nie tylko nie zdołało to poprawić sytuacji tych krajów, lecz przeciwnie – zaostrzyło ją. Rąk wyciągniętych po pomoc jest coraz więcej, coraz mniej do podziału, a to, co można podzielić, ginie jak w ruchomych piaskach, bo nikt już nie panuje nad dystrybucją tych środków. Idea ta była zresztą z góry skazana na niepowodzenie; zakładała przecież nie podział, lecz pomoc. Jałmużna degeneruje – i tego, kto bierze i tego, kto daje.

Nie pokonamy głodu i zanieczyszczeń, manna nowych surowców nie spadnie nam z nieba i nie pokonamy przeludnienia, rozmnażamy się bowiem szybciej niż szczury i owady i dalej będziemy rozmnażać się w ten sposób. Kraje o największym przyroście naturalnym to kraje najbiedniejsze, rządzone często przez religijnych fanatyków, dla których bieda i zacofanie są instrumentami sprawowania władzy i jednocześnie najpewniejszą gwarancją utrzymania się przy tej władzy.

Nauka i technika pozwoliły nam wybiec do przodu, wyprzedzić samych siebie, ale nasz cień pozostał daleko za naszymi plecami. Wyprzedziliśmy nasze dusze. Problem polega na tym, że nie da się zaczekać, by nas dogoniły. Nie mamy tyle czasu i za późno już, by nauczyć ludzi innego sposobu myślenia o sobie samych i o świecie w którym żyją. Któż to zresztą miałby uczynić? Zarówno organizacje (choćby Kościół), jak i rządy (uprawiające różne odmiany fundamentalizmu) utwierdzają ludzi w przekonaniach, których słuszność nawet przed dwustu laty była wysoce wątpliwa, a dziś jest samobójcza.

Nie liczmy na polityków. Polityk i polityka znaleźli się w pułapce bez wyjścia. Aby stać się politykiem, trzeba mieć głosy wyborców. Aby zdobyć te głosy, trzeba o nie zabiegać, umizgiwać się, schlebiać czyjejś głupocie. Polityk nie uprawia już żadnej polityki. Tańczy niczym marionetka pociągana przez dziesiątki sznurków, czyli rozbieżnych interesów swoich wyborców … tudzież swoich własnych. Nie po to dzisiaj zostaje się politykiem, aby uprawiać politykę, lecz po to, by czerpać korzyści z faktu bycia politykiem. Polityk to rodzaj dobrze opłacanego klowna, który usilnie stara się przypodobać wszystkim dzieciom, ale z tego żyje. Jeśli zdarzy się przypadkiem polityk ambitny, z własną wizją i wolą jej przeprowadzenia, nie ścierpią tego ani jego wyborcy ani jego koledzy. Nie liczmy na polityków – powierzyć im problemy dnia dzisiejszego to uczynić je absolutnie nierozwiązywalnymi.

Uczucia

Zdumiewało mnie zawsze, że pewne istoty, poziomem intelektualnym niewiele różniące się od kleszcza, zdolne są do przeżywania uczuć, zwłaszcza tych o najprymitywniejszym odcieniu, jak zazdrość czy nienawiść, i że uczucia te, opanowując je, uzyskują natężenia tysięcy wolt. Skąd to zdumienie? Czy dlatego, że uczucia, kretyńsko sprowadzone przez nas do wspólnego mianownika, przywykliśmy łączyć z czymś pięknym, dobrym i godnym szacunku? Błąd. Parafrazując myśl Goyi można powiedzieć, że tam, gdzie śpi intelekt, rodzi się tragedia. Zdolność do intensywnego przeżywania uczuć nie jest oznaką czystości czy, tym bardziej, szlachetności charakteru, lecz braku rozumu. Czyste emocje nie są niczym innym jak twarzą diabła w nas samych.

Najlepsze tragedie można byłoby napisać podglądając życie dzikich zwierząt. Wspaniała sceneria, ani cienia rozumu, tylko wszechwładne, niszczące, drapieżne, skłębione emocje. Zapewne z tego właśnie powodu nigdy nie zdołałem przeczytać do końca Germinal Zoli. Nieznośne w tragedii jest to, że degraduje człowieczeństwo. Obserwuje się jedynie marionetki, które na nic nie mają wpływu i o niczym nie stanowią.

Tym, co nas chroni przed samounicestwieniem jest intelekt. Jeszcze jedna idea pedagogiki współczesnej – ta, która gloryfikuje uczucia, każe szczycić się nimi i uzewnętrzniać przy każdej okazji – w prostej drodze do śmietnika.