Słowo sympozjum brzmi dzisiaj poważnie i dostojnie. Kojarzymy je natychmiast z jakimś towarzystwem zramolałych językoznawców, omawiających nudne problemy składni albo kongresem dentystów dyskutujących o wpływie zanieczyszczeń powietrza na rozwój próchnicy zębów. Tymczasem w starożytnej Grecji, a stamtąd to słowo pochodzi, sympozja oznaczały pijaństwo i seksualną rozpustę. Biesiadnikami byli tylko i wyłącznie mężczyźni, obsługiwani przez młodych i urodziwych niewolników obojga płci. Kobiety nie brały udziału w sympozjach, chyba, że były heterami. Ucztę rozpoczynała zwykle propoma, wypicie przez gości czary aromatyzowanego wina, a kończył komos, pijacka procesja z pochodniami, naturalnie, ku czci Dionizosa.
Słowo orgia natomiast, które obecnie jednoznacznie kojarzy się seksualnymi ekscesami miało pierwotnie dość niewinne znaczenie: rzymska orgia służyła głównie zaspokajaniu ekstrawaganckich rozkoszy podniebienia. Była to uczta kulinarna. Ale seks i jedzenie to dwa rytuały, które ocierają się o siebie nieustannie, bo i łączą nas najsilniej. Pierwsze jest zarezerwowane dla prywatności, drugie publiczne. Choć i to niekoniecznie. W wielu kulturach pierwotnych jedzenie było czynnością równie intymną jak seks i oddawano się temu tylko w odosobnieniu.