Dzisiejszy wiosenny poranek przypomina mi inny. Dochodziła godzina dziewiąta, szeroka esplanada prowadziła nas wtedy ku Wzgórzu Izoldy. Szron leżał jeszcze na trawnikach, ławkach i jezdniach, ale słońce świeciło już silnie i w tych miejscach, gdzie nie docierał chłodnawy podmuch wiatru, w zaciszu, promienie grzały prawie jak latem. Wszystko było wyraźne i kontrastowe – granica słońca, granica cienia. Lekka, sinawa mgiełka unosiła się w powietrzu, nasycając je wilgocią i nostalgią, przeczuciem lata, południa, które zatrze kontrasty, połączy światło i cień, miłość i nienawiść. Jaskrawość ścian budynków, rozbłyski szyb samochodów i okien, rażąca biel okiennic po słonecznej stronie ulic. Tutaj ludzie szli wolniej, nieśpiesznie, sennie, w rozpiętych płaszczach. Przeciwnie po cienistej stronie. Tam ruch był mniejszy i szybszy, oddech zastygał jeszcze w obłokach pary. Niebo było wysokie, bladoniebieskie, tylko gdzieniegdzie wątłe, postrzępione kłębki zabłąkanych chmurek. Taki poranek jesienią różni się od wiosennego głównie zapachami. Są wówczas ostrzejsze i silniejsze. Butwiejące liście, jesienne kwiaty, wszystkie przyprawy lata. Wiosna ma mniej zapachów, powietrze jest czystsze, mniej nasycone, dziewicze.
Dzisiejszy poranek przypomina mi tamten, ale wówczas słyszałam odległe bicie dzwonów i jego głos, niski, pieszczotliwy, gdy opowiadał mi o naszej kruchej wieczności, a teraz słyszę docierające gdzieś znad zatoki jęki okrętowych syren i wiem, że tam, gdzieś daleko, wciąż jeszcze wisi w powietrzu gęsta, skłębiona mgła …