Wybory do europarlamentu. Wśród parlamentarzystów znów Magdalena Adamowicz. Co za znakomita kariera! Do momentu tragicznej śmierci jej męża postać całkowicie anonimowa, bez jakichkolwiek zasług i choćby partyjnego stażu, ale już w niespełna pięć miesięcy po jego śmierci staje się figurą na tyle ważną i kompetentną, by – z listy PO – nagle i nie wiadomo z jakiego powodu awansować na europarlamentarzystkę. Czyż nie jest to fenomenalne? Z drugiej strony można zapytać, dlaczego nie ona, skoro arcywygodne fotele europejskiego areopagu zajmują takie postacie jak Biedroń, Śmiszek, Róża Thun czy Budka? Summa summarum nie ma większego znaczenia, kto tam siedzi. Równie dobrze mógłby tam siedzieć Incitatus, ulubiony koń Nerona. Efekt byłby taki sam. W europarlamencie siedzi się nie po to, by wysiedzieć coś mądrego czy pożytecznego – siedzi się po to, by siedzieć. No, czasem trzeba nadusić jakiś przycisk, ale to jest już odruch warunkowy, uczymy się szybko, Pawłow udowodnił to naukowo. Więc czemu nie Magdalena Adamowicz? W zasadzie istotnie nie ma powodu. Gdyby nie to może, że jest w tym coś wyjątkowo obrzydliwego. To, mianowicie, że jedyną jej zasługą w drodze do europarlamentu i jedynym powodem przyznania jej tej intraty była tragiczna śmierć jej męża.