Słowo „zresztą”. Lubię zawartą w nim nutę szlachetnej nonszalancji, sugestię, że istnieje coś więcej, ale – mimo iż może to być ważne – wcale nie jest konieczne czy niezbędne, by to rozwijać i wystarczy jedynie napomknąć, bez nadawania temu szczególnego znaczenia. Słowo to nie zawiera żadnej alternatywy logicznej, nie rozsądza, nie jest zasadnicze, nie pragnie ani przekonywać ani upierać się przy czymś. Jest dyskretne, przypomina emersonowskiego dżentelmena – nie domaga się ani zaszczytów, ani pierwszeństwa ani specjalnych praw dla siebie. Czasem potrafi być perfidne, ale jest wolne od fanatyzmu i agresji.