Strzępy 2

… a może zakochujemy się przede wszystkim w zapachu? Węch to zmysł życia, w końcu był pierwszy, kiedyś podpowiadał nam obecność tygrysa, zanim ten się jeszcze pojawił, ustalał jaskiniowe menu i wybierał nam partnerów. Komórki węchowe leżą dosłownie na progu naszego mózgu, zapach dociera tam szybciej niż obraz czy dźwięk, a nasza świadomość i pamięć rozkwitły na tych częściach mózgu, które pierwotnie obsługiwały węch. Może więc zakochujemy się nie w czyjejś twarzy, piersiach czy oczach, ale w czyimś zapachu, zapachu lawendy, zapachu wilgotnej ziemi czy cierpkiej słodyczy wiśni ..? Ufamy zapachom, ufamy im bardziej niż naszym oczom, bo wiemy, że zapachy nie kłamią.

T. nie była wcale piękna. Ani szczególnie zgrabna. Dość wysoka, chodziła jednak pochylona, garbiąc się lekko, jakby zawstydzona swoim wzrostem, miała ładne, lecz dziewczęco wąskie ramion, które przy jej pełnych i kobiecych biodrach zwężały się jeszcze bardziej. Zaletą jej twarzy były kości policzkowe, które z czasem nauczyła się zręcznie wydobywać, podkreślając je ciemniejszym podkładem. To przydawało jej twarzy, także nieco zbyt wąskiej, proporcji, których w istocie nie posiadała. Nie była więc piękna, ale pachniała migdałami i jest to zapach, który dla mnie na zawsze pozostanie zapachem miłości. Całe jej ciało, każdy kwadratowy milimetr jej skóry wydzielał ten zapach; chodziła w nim jak w niewidzialnej sukni, jak w miękkim obłoku, który łasił się, unosząc się dookoła jej ciała. Był to boski zapach. Nikt inny nie pachniał tak, jak ona. Po tym zapachu, w najciemniejszej nocy lub z zawiązanymi oczami, mógłbym ją bezbłędnie i bez trudu rozpoznać wśród setek innych kobiet. T. pachniała migdałami, gdy okazywała czułość i wtedy, gdy kłamała, pachniała migdałami w pośpiechu i w smutku, w radości jej migdałowy zapach wzbogacał się w ciepłe nuty białych kwiatów, a w podnieceniu, w miłości zyskiwał cięższe, uwodzicielsko korzenne tony. T. pachniała amigdaliną – pachniała kobietą.