Akropol. Najsłynniejsze na świecie wapienne wzgórze o wysokości względnej 90 metrów. Po Akropolu trzeba chodzić ostrożnie. Jest ślisko. Miliony ludzkich stóp wyszlifowały tam każdy kamień i kamienie te mają szlif niemal idealny. Zdają się, podobnie jak diamenty, odbijać całe światło. U stóp tego wzgórza leży duży parking, zamknięty z drugiej strony przez inne wzgórze, nieco niższe, Filopappos. To tutaj każdego dnia, od wczesnego rana, autobusy niestrudzenie wypluwają kolejne fale turystów. Spektakl nie ustaje nawet w południe, gdy słońce wylewa się na ulice niczym płynne złoto, a powietrze, rozgrzane do czerwoności, grozi samozapłonem. Z wnętrz luksusowych, klimatyzowanych autokarów, oszołomieni oślepiającym słońcem, na wpół uduszeni nagłym podmuchem parzącego powietrza, wysypują się turyści – młodzi i starzy, szczupli i otyli, dorośli i dzieci, zdrowi i kalecy, Europejczycy, Azjaci, Afrykanie. Wyposażeni w aparaty, kije do selfie, butelki z wodą, laski i parasole, posłusznie drepczą za przewodnikami, a ci, zaganiając ich z czujnością niemieckich owczarków, zbijają w stada i liczą. Potem zaczyna się mozolna wspinaczka. Ku czemu? Czym właściwie jest Akropol? Ilu z tych ludzi wie, że to, co widzą, jest efektem mozolnej rekonstrukcji? Ilu z tych ludzi wie, że Akropol nie istnieje, że oglądają coś, czego nie ma?
Prastare świątynie Akropolu, zbudowane w okresie archaicznym, uległy zniszczeniu już podczas wojen perskich. W odbudowie, zainicjowanej przez genialnego Peryklesa, powstał nowy kompleks świątyń: Partenon, Erechtejon, Apteros, sanktuarium Artemidy, Propyleje. Ten nowy Akropol, wzniesiony zresztą w oszałamiającym tempie, przetrwał do roku 267 n.e., gdy na Ateny napadli Herulowie, plemię germańskie pochodzące, prawdopodobnie, z terenów południowej Szwecji. Herulowie, z tradycyjnym wdziękiem Germanów, zrównali wszystko z ziemią. Po nich, w sto lat później, pojawiają się kolejni Germanie, Wizygoci – ogołacają świątynię Ateny ze złota i srebra, podpalają posąg Ateny i świątynię. Pożar niszczy dach i wewnętrzną podwójną kolumnadę w naosie.
W VI wieku chrześcijaństwo wprowadza swoje własne porządki – Partenon przemienia się w Kościół Mądrości Bożej, Erechteion w kościół Chrystusa, świątynia Ateny Nike w jakiś podrzędny kościółek, a Propyleje zostają rezydencją biskupa. Od połowy XV wieku zaczyna się panowanie Turków. Partenon staje się meczetem, a Erechteion haremem. Na wzgórzu pojawiają się nowe domy dla tureckich rodzin, żołdaków z garnizonu oraz tureckiego dowódcy Aten. W 1640 roku proch, magazynowany przez Turków w Propylejach, eksploduje, trafiony przez piorun, i w ogromnym stopniu niszczy stary Akropol. Jednak prawdziwie śmiertelny cios, rękami kolejnego germańskiego bandyty, czyli Wilhelma von Köningsmark, (pół Szwed, pół Niemiec, koszmarna mieszanka) wymierza mu w 40 lat później wenecki doża Francesco Morosini. Wenecjanie w rywalizacji o wpływy w basenie Morza Śródziemnego docierają do Pireusu, zajmują pobliskie wzgórze Filopappu i rozpoczynają ostrzał artyleryjski. Turcy byli podobno przekonani, że Morosini, jako przedstawiciel zachodniej cywilizacji, nie odważy się zaatakować Partenonu. Mylili się. Köningsmark, dowodzący oddziałami weneckimi wiedział, że Turcy mają swój arsenał w świątyni Ateny i nie miał skrupułów. Tam właśnie celował. Po czterech dniach ostrzału pocisk trafia w Partenon, przebija dach i spada na 500 beczek prochu. Można sobie wyobrazić rozmiar tej eksplozji. Z Akropolu pozostały tylko kamienie. To, co jeszcze ocalało, nieliczne już trofea, posągi i rzeźby, zostały zniszczone w czasie pośpiesznego demontażu i transportu. Zdobycie Aten przez Köningsmarka było z punktu widzenia strategii idiotyzmem. Wenecjanie wycofują się niemal natychmiast, Turcy wracają do Attyki, ponownie fortyfikują Akropol. W środku zniszczonego Partenonu budują mały meczet bez minaretu.
Dzieła całkowitej zagłady Akropolu, na początku XIX wieku, dokonał pewien angielski syfilityk, Thomas Bruce, lord Elgin, brytyjski dyplomata. To z jego rozkazu zdjęto z Partenonu i wywieziono następnie do Anglii resztki starożytnych rzeźb. Słowo „zdjęte” jest eufemizmem. W demontażu stosowano łomy, piły i materiały wybuchowe. Na określenie jego działalności istnieje w języku francuskim specjalny termin, „elginizm”. Oznacza rabunkowe pozbawianie historycznych obiektów architektonicznych ozdób rzeźbiarskich. Nota bene jego syn, James, podobnie jak ojciec, okrył się niesławą jako europejski barbarzyńca i niszczyciel dzieł sztuki. Jest on odpowiedzialny za zniszczenie Starego Pałacu Letniego pod Pekinem.
Ponure dzieło uniecestwiania Akropolu, zapoczątkowane przez protoplastów obecnych Szwedów, dokończyli więc Włosi i Anglicy. Nie Turcy i nie Hunowie. Stos kamieni na wzgórzu Akropolu, który przyjeżdżamy dzisiaj podziwiać, to nasze własne dzieło, dzieło światłych Europejczyków. Akropolu nie ma. Akropol, to wspaniałe, widmowe wzgórze jest jak przepowiednia – tym, co po nas pozostanie, będzie kilka strzaskanych kolumn.