„Zdarza się. Kurt Vonnegut: życie”. Biografia pisarza. Niemal 600 stron męczącej i nudnej lektury. Moja prywatna ekspiacja za to, że nigdy nie trafiła do mnie ta bardzo komiksowa twórczość i nigdy nie znalazłem w niej nic godnego uwagi. Zdumiewały mnie zachwyty nad nią, a powieść Rzeźnia numer pięć, interpretowana jako pacyfistyczne wyznanie wiary i zamaskowany komentarz do wojny w Wietnamie, zniechęciła mnie całkowicie i ostatecznie. W latach siedemdziesiątych książka ta zyskała jednak status kultowej, a w środowiskach tzw. kontestatorów, dzieci kwiatów i beatników, była czymś w rodzaju Biblii. Vonnegut bardzo sprytnie to zresztą wykorzystał, deklarując się jako lewicowiec i socjalista i jadąc potem na tym koniku przez kilka kolejnych dziesięcioleci. W 1968 r. podpisał Writers and Editors War Tax Protest, wezwanie do zaprzestania płacenia podatków w proteście przeciwko wojnie w Wietnamie. Jeszcze i w 2005 roku dużo szumu narobiła jego wypowiedź w wywiadzie dla pisma „Australian”, gdzie zapytany, co sądzi o współczesnych terrorystach, nazwał ich „bardzo odważnymi ludźmi”. Tym razem jednak zdecydowanie pomylił dziesięciolecia i ta wypowiedź, nie tyle odważna co zwyczajnie bezmyślna i głupia, nie przysporzyła mu popularności.
Kariera Vonneguta i jego twórczość przypominają mi postać L. Rona Hubbarda, twórcę dość kiepskich powieści science fiction i bełkotliwej dianetyki, których idee udało mu się z powodzeniem zrealizować dopiero przez założenie Kościóła Scientologicznego. Dwie „religie” Kurta Vonneguta, Kościół Zupełnie Obojętnego Boga i bokononizm, miały podobne szanse na sukces w świecie naiwnych i zagubionych.