Wyobraźmy sobie naszą może wcale nie tak odległą przyszłość: na Ziemi żyje nie 8, jak obecnie, lecz 18 miliardów ludzi i trzeba ich wszystkich wyżywić. Wyobraźmy sobie dalej, że rozwiązano ten problem przez wstrzykiwanie do naszych organizmów chlorofilu. Pewnie będziemy wówczas przypominać słynne zielone ludziki, na które tak daremnie polowaliśmy, lecz dzięki temu będziemy również mogli egzystować dokładnie jak rośliny – wylegując się w słońcu na jakiejś plaży, leniwi i beztroscy, a w naszych organizmach z zawartego w powietrzu dwutlenku węgla i wypijanej wody będą powstawały cukry, co zapewni nam trwałe uczucie sytości. Oszczędnie i wygodnie. I wcale nie jest to taka znów utopia. Co prawda nie udało się jeszcze zastosować tego u ludzi, ale naukowcy zapewniają, że jest to wyłącznie kwestia czasu. Pewne morskie ślimaki już dziś świetnie egzystują właśnie dzięki fotosyntezie. Chodzi o Elysia chlorotica, ślimaka morskiego, który ma zaledwie kilka centymetrów długości i do złudzenia przypomina mały, zielony listek. Młode ślimaki tego gatunku już od momentu wylęgu żywią się wyłącznie glonami Vaucheria litorea, wysysając z ich komórek organella zawierające chlorofil. I tutaj jest clou tej historii – żaden organizm roślinożerny nie potrafi przyprowadzać fotosyntezy tylko poprzez zjedzenie sałaty, a Elysia chlorotica właśnie tego dokonała. Z pomocą technik molekularnych ustalono, że ślimak przeprowadził proces kleptoplastii, czyli skradł sobie zestaw genów zawierających informację o niezbędnych enzymch i z pomocą wirusów poprzez transfer poziomy wbudował we własny genom. Tym sposobem stał się jedynym znanym organizmem zwierzęcym, który po pierwszym posiłku z glonów potrafi przez resztę swojego życia odżywiać się przetwarzając energię świetlną.
Może nie powinniśmy więc traktować różnych Gatesów, fanatycznych ekologów, zwolenników Zielonego Ładu, wegetarian i weganów jako szaleńców? Może oni już dzisiaj dobrze wiedzą, jaki będziemy mieli kolor skóry jutro?