Alternative reality

Ernst Jünger, niemiecki pisarz, zdeklarowany nacjonalista. Po wybuchu II wojny światowej jako oficer Wermachtu został skierowany do stolicy okupowanej Francji, gdzie podobno zajmował się cenzurą listów, stanowisko z wszech miar odpowiednie dla pisarza. Mimo iż był hitlerowskim oficerem nie przeszkadzało mu to w utrzymywaniu rozlicznych i serdecznych kontaktów z francuskimi intelektualistami, o czym nie bez pewnej satysfakcji donosi w swoim dzienniku, wydanym w Polsce pod tytułem „Promieniowania”. Jego pobyt w Paryżu, formalnie zniewolonym i okupowanym, wypełniony jest towarzyskimi spotkaniami z całą bez mała ówczesną „śmietanką” artystyczną Francji, z Jean-Paulem Sartrem, Picassem, Cocteau, Gidem, Morandem, Gallimardem, by wymienić tylko kilku. Podczas jednego z takich towarzyskich spotkań, Cocteau opowiadał o swoich kontaktach z Marcelem Proustem, który – jak relacjonuje Jünger – w swoim domu: „Nigdy nie pozwalał odkurzać; skłębiony brud zalegał na meblach jak „szynszyle”. Przy wejściu gospodyni wypytywała, czy gość nie przynosi kwiatów, czy się nie uperfumował lub nie przebywał w towarzystwie uperfumowanej kobiety. Zastawało się go przeważnie w łóżku, ale ubranego, w żółtych rękawiczkach, ponieważ chciał uniknąć ogryzania paznokci. Wydawał dużo pieniędzy, żeby rzemieślnicy, których hałasy mu przeszkadzały, nic w domu nie robili. Nigdy nie wolno było otwierać okien; nocny stolik zapełniały lekarstwa, inhalatory i rozpylacze. Jego wyrafinowaniu nie brakowało cech makabrycznych; chodził na przykład do rzeźnika i kazał sobie pokazywać, „jak się szlachtuje cielaka”.

Jest to zapis z 17 lutego 1942 roku, gdy w Polsce trwał terror i publiczne egzekucje, z dnia na dzień nasilały się deportacje Żydów, a Rudolf Hoess intensywnie rozbudowywał Auschwitz-Birkenau. I kto mówi, że rzeczywistość alternatywna istnieje tylko w literaturze fikcyjnej …

Parta, Konstantyn XI i Palamas

Konstantyn XI Paleolog. Ostatni władca Cesarstwa Bizantyńskiego. Zginął walcząc u boku swych żołnierzy, kiedy miasto padało pod naporem Osmanów. Jego ciała podobno nigdy nie odnaleziono i być może to sprawiło, że postać tego cesarza obrosła tyloma legendami. Jedna z nich głosi, że to Anioł Pański uniósł ciało cesarza z pola bitwy, zamienił je w marmur i ukrył w podziemnych tunelach pod Złotą Bramą. Cesarz ma tam spoczywać do czasu, aż przebudzi go Boży wysłannik, by poprowadził chrześcijan do walki przeciw muzułmanom i przepędził ich z Nowego Rzymu. Turcy zdaje się również wierzyli w tę opowieść. Po zajęciu Konstantynopola wielokrotnie przeszukiwali Złotą Bramę i chociaż niczego nie znaleźli, nakazali ją zamurowć. Do dziś pozostaje zamurowana. 

Legenda o cesarzu, który zmartwychwstanie, by przywrócić chrześcijanom Konstantynopol nigdy nie umarła. Z oczywistych powodów szczególnie żywa jest wśród Greków. Kostis Palamas, jednego z największych poetów Grecji nowożytnej, nawiązał do niej w poemacie „Królewski flet”, opublikowanym w 1910 r.:

Ze snów marmurowych królem się obudzę,
Z mego mistycznego grobowca powstanę,
By w Złotej Bramie mur otworzyć na oścież
I zwyciężyć kalifów i carów.

Kostis Palamas zmarł w 1943 roku, a jego pogrzeb stał się manifestacją patriotyzmu. W ostatniej drodze towarzyszyły mu tysiące osób śpiewając hymn narodowy – mimo obecności niemieckiego okupanta. Dom rodziny Palamasa w Patrze znajduje się przy ulicy Korintos i przetrwał do dziś. Gdy Palamasowie opuścili Patrę, wynajęła go włoska rodzina Serao. Ten dom miał swoje literackie koniunkcje. Tam bowiem urodziła się także pisarka i dziennikarka Matilde Serao, pierwsza w historii Włoch kobieta, która założyła i prowadziła własną gazetę. Obecnie mieści się w nim Instytut Kostisa Palamasa. Jest to jednopiętrowy, biały budynek z podcieniami, położony bardzo blisko skweru z fontanną króla George I, mniej więcej w środku długiej ulicy Korintos, równoległej do Agiou Andreou.

Do Patry dotarliśmy w samo południe, słoneczne i gorące, ale na zwiedzanie jej nie mogliśmy przeznaczyć wiele czasu. Tego dnia czekało nas jeszcze sporo drogi, a to znaczyło, że nie zdołam odwiedzić domu Palamasa, choć solennie przyrzekałem to sobie przed wyjazdem. No cóż, może kiedyś, w jakiejś innej rzeczywistości, w jakimś innym świecie, może wtedy, gdy Boży wysłannik przebudzi ostatniego cesarza i przebudzimy się wszyscy … 

Kato Samiko

Szeroka, ciągnąca się aż po nitkę horyzontu plaża w Kato Samiko. Skwar, około czterdziestu stopni, lazurowe morze, wielu kąpiących się ludzi, szum fal i powiew niemal gorącego wiatru, a w pobliżu mnie, pod plażowym parasolem, ładna, jasnowłosa dziewczyna z książką w rękach, nieruchoma, obojętna wobec otaczającej ją rzeczywistości, wobec wszystkiego, co dzieje się wokół niej, nieobecna, pogrążona w innym wymiarze, w wyimaginowanym świecie.

Jaki już rzadki dzisiaj i jaki piękny widok. Mam ochotę podejść do niej i podziękować, że i mnie przeniosła w czasie. I wiem, że tego nie wolno mi uczynić.  

Kłamstwa czasu

Jakże łatwo łączy się dziś w jednym zdaniu Rzym i chrześcijaństwo, często – o zgrozo! – stawiając między nimi znak równania. Spróbujcie więc, jeżeli zdołacie, wyobrazić sobie, co powiedziałby o tym jakiś prawdziwy Rzymianin, jakiś Seneka, Petroniusz czy Marek Agrypa. Wiem, czas godzi nawet przeciwieństwa, ale i udowadnia tym samym, że jest to kłamstwem.

Coś po prostu głupiego

Jan Lechoń, Dziennik, tom 3, notatka z marca 1955: Jest coś w polskiej naturze po prostu głupiego, coś w ludziach inteligentnych niepewnego, jakiś brak instynktu ważności i hierarchii spraw, który może pokrzyżować najlepsze zamysły, dla błahych powodów zniszczyć rzeczy najważniejsze. Cynicy to jeszcze nie najgorsze, to jeszcze daje jakiś klucz do przewidywań i obliczeń. Ale w Polsce nie ma prawie cyników, są za to prawie sami patrioci i moraliści. A między nimi tyle samo łobuzów i drapichrustów, i kanalii, co w każdym innym narodzie, tylko że lepiej zamaskowanych i tym obrzydliwszych.

Słowa pisane 70 lat temu. I tak samo prawdziwe jak wtedy, tak samo smutne i, co gorsza, wciąż tak samo aktualne. Jest w naszej naturze coś po prostu głupiego.

Après moi, le déluge

W polskiej wersji słynnego powiedzenia „après moi, le déluge”, przypisywanego Madame de Pompadour, zawarty jest dość niedorzeczny kompromis w postaci spójnika „choćby”. Język polski jest konformistyczny, stara się być polubowny, stara się przypodobać wszystkim. Jego irytująca kordialność. Jego umizgi. Tymczasem, jasno i zdecydowanie, po nas potop. Po nas zawsze potop, après moi, le déluge, żadnych choćby, żadnych być może, żadnego wdzięczenia się do tych, którzy myślą inaczej.

Mit omnipotencji

Każdy czas stwarza swoje własne mity. Niedorzecznym mitem naszego czasu jest idea, by pracować na konto przyszłych pokoleń, aby żyć oszczędniej i ekologiczniej po to, by przyszłe pokolenia zastały świat wygodniejszy, lepszy i bezpieczniejszy. Nie trzeba być tytanem intelektu, by rozumieć, że jest to absurdalne – wszyscy musimy mierzyć się z taką rzeczywistością, w jakiej przyszło nam żyć. Zmierzyć się z nią taką, jaka ona jest. Nie wybiegamy poza nią, nie możemy jej antycypować. Pojawiamy się w niej pewnego dnia, bez naszej chęci czy woli, i musimy w niej egzystować, bez względu na to, czy podoba nam się czy też nie i czy nasi poprzednicy myśleli o nas czy też wcale nie brali tego pod uwagę.

Nawoływanie, by pracować nad lepszym życiem przyszłych pokoleń jest bezsensowne. Żadne pokolenie nie pracuje na dobro przyszłych pokoleń. Z trudem budujemy swoje własne życie, z trudem walczymy o przetrwanie, o swoje własne wygody czy bezpieczeństwo. To nie my formujemy rzeczywistość – to rzeczywistość formuje nas. Zawsze. Żadne pokolenie nie jest w stanie przyszłym pokoleniom czegokolwiek ułatwić czy cokolwiek za nie zrobić. Bo i nie może tego uczynić. Tak samo jak nie możemy za kogoś przeżyć jego życia. Możemy tylko, lepiej czy gorzej, mądrzej czy głupiej, wygodniej czy w trudzie, przeżyć swoje własne życie. Każde przychodzące pokolenie zastaje pewną sytuację, określone warunki, i musi się w tym znaleźć. I przyszłe pokolenia, te, które pojawią się po nas, znajdą się w identycznej sytuacji – zostaną wrzucone w pewien status quo i będą musiały sobie z tym poradzić. Jedyne, co możemy zrobić dla przyszłych pokoleń, to powołać je na świat. Nic ponadto.

Pheia

Pheia, miasto położone w zatoce Aghios Andreas, po północnej stronie przylądka Katakolon, była w czasach greckich i rzymskich portem Olimpii. Miasto zostało pochłonięta przez morze podczas trzęsienia ziemi w 6 roku naszej ery. To samo trzęsienie ziemi zniszczyło także świątynię Zeusa w Olimpii. W czasach homeryckich Pheię otaczały mury. W Odysei Homera Telemach dociera tu w powrotnej drodze do Itaki, po opuszczeniu Pylos, gdzie spotkał się z Nestorem w poszukiwaniu informacji o swoim ojcu. Była ważnym portem dla żeglugi na Morzu Jońskim i wypraw do greckich miast Dolnej Italii. W latach wojny peloponeskiej port i miasto stały się jednak sceną starć między wrogimi frakcjami, aż w końcu, tak samo jak pobliskie Kyllini, utraciła swoje mury w upokarzającym warunku narzuconym przez zwycięskich Lacedemończyków. W okresie bizantyjskim z resztek murów Phei wzniesiono zamek zwany Pontikokastro, potem zrekonstruowany i przemianowany na „Beau Voir” lub „Bel Vedere„.

W starożytności przez port Pheii przepływał bezustanny strumień ludzi i towarów, ale raz na cztery lata osiągał on swoje apogeum, a dokładniej działo się to latem roku olimpijskiego, gdy zbliżał się sezon igrzysk. Wtedy Pheię anektowały tłumy Greków, którzy przybywali do świętej ziemi z Grecji kontynentalnej i greckich kolonii z całego basenu Morza Śródziemnego, aby wziąć udział w święcie religijnym na cześć Zeusa w sanktuarium Olimpii. To stąd wędrowali potem dalej, pieszo, konno lub powozami, jak kogo było stać, do Olimpii, od której – jak określił to Strabon – dzieliła ich odległość 120 stadiów. Długość jednego stadionu według miary z Olimpii wynosiła około 192 metrów, ale 1 stadion posiadał różne wartości w różnych częściach Grecji. Obecnie portem, który przyjął dawne funkcje Phei, jest pobliski Katakolon i z niego dystans do Olimpii wynosi 33,7 km. Po starożytnej Phei na lądzie nie ma już śladu, spoczywa kilka metrów pod wodami morza, a i resztki frankońskich budowli, dwie skruszałe wieże, wzniesione niegdyś na miejscu antycznego miasta, są obecnie całkowicie zarośnięte krzewami, niedostępne i zapomniane.

A jednak Pheia wciąż żyje. Podobnie jak to miało miejsce w starożytności, tak i dziś dawne sanktuarium Zeusa co roku odwiedzają tysiące osób ze wszystkich zakątków globu, a główna ich fala przybywa do Olimpii niemal dokładnie tą samą drogą, co w starożytności, czyli drogą morską. Kiedyś można było tam dotrzeć również lądem – w starożytności rzeka Alfejos, dziś skarlała i porośnięta szuwarami, była bowiem żeglowna. Współczesną Pheią stało się Katakolo, port leżący po drugiej stronie tego samego przylądka, który przez pięć dni w tygodniu przyjmuje setki podróżnych, dostarczanych tu przez cruisery, olbrzymie statki wycieczkowe, które zacumowują przy nadbrzeżu o świcie, wypluwają ze swego wnętrza rzesze turystów, i odpływają po zachodzie słońca. Na tych współczesnych pielgrzymów oczekują na nadbrzeżu imponujące, wygodne, klimatyzowane autobusy, które zabiorą ich do Olimpii.

Nie sądzę, by wielu – jeżeli ktokolwiek z nich – zdaje sobie sprawę z tego, że podąża do tego świętego niegdyś terytorium śladami bardzo starożytnego szlaku, szlaku, który został wytyczony bez mała 2800 lat temu.  Spotykaliśmy ich potem na małej, miejskiej plaży, skrytej za nadbrzeżem, gdy po powrocie z Olimpii, zmęczeni i spoceni, bo termometr wskazywał ponad 40 stopni, próbowali przed powrotem na pokład ochłodzić się w morzu. Myślę, że Pheia, choć leży na dnie morza, płytko, zaledwie na głębokości 5 metrów, w pewien sposób wciąż jest portem Olimpii.

Navigare necesse est

Navigare necesse est, vivere non est necesse. Jako gatunek wędrowaliśmy zawsze, chociaż podróże nigdy nie były najbardziej ulubionym z naszych zajęć. Starożytni, jeżeli mogli, starali się unikać podróży, podejmowano je tylko w ostateczności, wcześniej sporządzając testament, bo podróżowanie było zajęciem wysoce niebezpiecznym, a do tego wprost niewyobrażalnie uciążliwym, wyczerpującym i zajmowało nie dnie czy tygodnie, lecz miesiące, a nawet lata. Lamartine, udając się w podróż do Ziemi Świętej, wynajmuje statek „Alcesta”. Chateaubriand jest zaopatrzony w listy polecające do najwyższych dostojników odwiedzanych krajów, ma zapewnioną eskortę i przewodników, a jeszcze i w naszym wieku, w roku 1906, gdy Wirginia Woolf, która wraz z siostrą postanawia udać się do Grecji, pisze w jakimś liście, że same przygotowania do tej wyprawy zabrały jej wiele miesięcy. Dyliżansy, kiepskie drogi, obskurne oberże i zajazdy, chybotliwe statki, niewygody, etc. Kiedyś ludzie przed podróżą prosili bogów o przychylność, a po powrocie z niej dziękowali, że dane im było szczęśliwie dotrzeć do domu. Podróż, choćby najkrótsza, nie była niczym oczywistym, niczym, co my dzisiaj kojarzymy z tym słowem – bilety lotnicze w Internecie, tak samo rezerwacja hoteli, taksówka do lotniska, restauracje i bary, pomoc i rozliczne usługi, wsiadamy, lecimy, potem wracamy, wszystko ściele się przed nami niczym czerwony dywan, bezpieczne jak tylko może być i absolutnie naturalne. Dzisiaj, jeżeli nie cierpimy na aerofobię, pokonywanie nawet sporych przestrzeni i odległości kończy się co wyżej jet-logiem i nikt już nie spisuje testamentu lecąc na Teneryfę czy Majorkę. Przecież z każdej podróży, choćby najdłuższej i najdalszej, bezpiecznie wrócimy do domu.

I zupełnie nie wiadomo, skąd po każdej podróży ten szczególny rodzaj zdziwienia, niemal zaskoczenia, że jednak i tym razem udało mi się z niej powrócić.

Moralnie niewątpliwe

Prezydent Karol Nawrocki podczas przemówienia na Westerplatte ponownie poruszył sprawę reparacji od państwa niemieckiego za przerażające zniszczenia, dokonane w czasie II wojny światowej w naszym kraju. Gazeta „Berliner Zeitung” zareagowała już następnego dnia z wdziękiem papugi powtarzając starą frazę o tym, że z niemieckiej perspektywy traktaty dotyczące zjednoczenia Niemiec ostatecznie rozstrzygnęły, że Polska nie ma prawa do reparacji wojennych. Do tego zgodnego chórku dołączył także popularny dziennik „Süddeutsche Zeitung”: „Od momentu objęcia urzędu prezydent Nawrocki podsyca nastroje nacjonalistyczne w swoim kraju. Blokuje pomoc dla obywateli Ukrainy, a w rocznicę wybuchu II wojny światowej domaga się reparacji wojennych od Niemiec”. Natomiast Frankfurter Allgemeine Zeitung” ubolewa co prawda nad tym, czego Niemcy dopuścili się wobec ludności polskiej w czasie II wojny światowej i przyznaje, że „w dużej części” odpowiada to definicji ludobójstwa zawartej w Konwencji ONZ, ale postulowane odszkodowanie rzędu 1,3 biliona euro zdaniem dziennika wydaje się być „moralnie wątpliwe, gdyż płacić musiałoby kilka pokoleń Niemców, urodzonych po wojnie i nie ponoszących żadnej winy”.

Innymi słowy, obecni Niemcy nie ponoszą żadnej winy, a jakiekolwiek żądania odszkodowań z ich strony są „moralnie wątpliwe”. Należy przez to rozumieć, że zbrodnie niemieckie są co prawda niewątpliwe, ale żądania zadośćuczynienia za nie jest „moralnie wątpliwe”. I tak jest z pokolenia na pokolenie. Niemcy rabują, mordują i niszczą i nigdy nie ponoszą konsekwencji swoich czynów. Przypomnijmy, co stało się choćby z polskimi regaliami, gdy po powstaniu kościuszkowskim w 1794 roku Kraków zajęły wojska pruskie. Z rozkazu cesarza Fryderyka Wilhelma III doszczętnie obrabowano wówczas skarbiec na Wawelu, rozkradając wiele cennych dla Polaków zabytków. Wśród nich insygnia koronne, które potajemnie wywieziono do Berlina i ukryto w skarbcu Hohenzollernów. 17 marca 1809 roku Fryderyk Wilhelm III rozkazał zniszczyć polskie regalia. Skarby polskiej historii zostały przetopione w 1811 roku w Królewcu. Ze srebra i złota, uzyskanych po przetopieniu regaliów, wykonano germańskie monety, a kamienie szlachetne sprzedano. Bezmiar zbrodni i rabunków dokonanych przez tych Hunów Europy na przestrzeni dziejów nie mieści się już w żadnych rejestrach, ale wciąż nie ponoszą oni żadnej kary i żądania zadośćuczynienia uznają za „moralnie wątpliwe”. Czego jeszcze musieliby dokonać, czego dotychczas nie dokonali, by stało się to „moralnie niewątpliwe”?

Prawa czy przywileje

Podobno obecnie kobiety uzyskały jakieś prawa. Jeżeli tak jest, to uzyskały je za cenę swoich przywilejów, czyli tego, co zwalniało je od ogólnie obowiązujących praw. Przywileje bowiem wyróżniają, prawa natomiast zrównują. Czyż nie jest to więc cena zbyt wysoka?

Krzyż Adwokata Świętego Piotra

Siergiej Andriejew był ambasadorem Rosji w Polsce od 2014 roku, a jego działalność w naszym kraju budziła spore kontrowersje. We wrześniu zakończy wreszcie swoją obrzydliwą misję. W ostatnich dniach na stronie Nuncjatury Apostolskiej pojawiła się informacja o uroczystości z pożegnania (sic!) Moskala. Dołączono do niej zdjęcie, na którym rozpromieniony nuncjusz papieski wręcza „Jego Ekscelencji” Andriejewowi pamiątkowy talerz: „W dniu 18 sierpnia br., w siedzibie Nuncjatury Apostolskiej w Warszawie, talerz pamiątkowy z rąk Dziekana Korpusu Dyplomatycznego Jego Ekscelencji abpa Antonio Guido Filipazzi, Nuncjusza Apostolskiego w Polsce, odebrał Jego Ekscelencja Pan Sergey Andreev, Ambasador Rosji w Polsce.

Podziękowanie za regularne i bezpłatne dostawy białego kawioru z jesiotrów albinosów na watykański stół, przejaw tzw. chrześcijańskiego miłosierdzia, a może wyraz uznania za propagowanie morderstw na Ukrainie? Czy nie stosownej było przyznać Krzyż Adwokata Świętego Piotra?

Miara skarlenia

W starożytnych olimpiadach nie istniała klasyfikacja. Liczyło się tylko pierwsze miejsce, liczył się tylko zwycięzca, tylko ten, kto okazał się być najsilniejszy, najszybszy czy najsprawniejszy. Nie przyznawano i nie honorowano żadnego drugiego czy trzeciego miejsca – kto nie był zwycięzcą, ten był pokonanym, a pokonanym nie przysługiwały żadne względy. Zwycięstwo albo klęska. Pełny sukces lub całkowita porażka. Todo o nada. Starożytni nigdy nie stosowali nagród pocieszenia, a jeżeli – zwłaszcza w biegach – nie zawsze mogli rozstrzygnąć, kto ostatecznie zwyciężył, laurowy wieniec dedykowano bogu. Doskonale rozumieli, że wszystko poza pierwszym miejscem, poza zwycięstwem, jest jedynie nędzną nagrodą pocieszenia. I w zawodach i w życiu.

Świadectwem naszego duchowego skarlenia jest i to, że dzisiaj przyznajemy miejsce drugie, trzecie, wkrótce pewnie zaczniemy przyznawać miejsce czwarte i piąte, że honorujemy setne i tysiączne sekund, choć jest to fikcja, bo nasze oko nie rejestruje takich różnic, że honorujemy wszystkich. Przyznajemy nagrody za sam udział, bo boimy się zwyciężać i boimy się zwycięzców. Jedyne prawdziwe gry, które przetrwały jeszcze w naszym świecie, to gry hazardowe – w nich zwycięzca, jak w dawnej Olimpii, bierze wszystko.

Epigoni babci Kasi

Mieczysław Jastrun, właściwie Mojsze Agatstein, to komunistyczny poeta i tłumacz. Poetą był kiepskim, ale niezłym tłumaczem. Jego syn, Tomasz Jastrun, jest niezłym poetą i, zgodnie z rodzinną tradycją, osobą o zdecydowanie lewicowych, ultraliberalnych poglądach i przekonaniu, że polski patriotyzm jest czymś w rodzaju najohydniejszej formy raka, czemu często daje wyraz w blogu prowadzonym przez siebie na Internecie. W dniu 6 sierpnia bieżącego roku, czyli wczoraj, w dniu bardzo dla Polski ważnym, w dniu zaprzysiężenia nowego Prezydenta Rzeczpospolitej, odnotował:

nie oglądałem zaprzysiężenia, nie jest to na moje nerwy, będziemy słuchać tego palanta przez pięć lat, horrror. Wysyłam felieton do „Przeglądu” . Kończę słowami: „Kiedy wysyłam ten tekst, kończy swoją haniebną kadencję Duda, zaczyna haniebną kadencję Nawrocki. Będzie brzydko, a za dwa lata może być złowrogo. Nie musi. Aby wszystko było w naszych rękach, nie wolno nam ich opuszczać. ” (cytat oryg.).

Nie sposób nie zauważyć, że język powyższego wpisu (dokonanego przez byłego attaché kulturalnego i dyrektora Instytutu Polskiego w Sztokholmie, odznaczonego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski) prawie niczym nie różni się od języka tzw. babci Kasi. Mam nadzieję, że jej niewątpliwy wpływ na stylistykę polskich poetów i tzw. intelektualistów doczeka się pewnego dnia wnikliwego studium.  

Patron hybristofilii

Czy F. Dostojewski jest wielkim pisarzem? Powszechnie za takiego jest uważany, zgoda, ale jego zasługi dla literatury wydają się być co najmniej wątpliwe. Tym, co Dostojewski rzeczywiście zdołał przeszmuglować do naszej kultury jest jedynie chora solidarność z przestępcą. Bardziej więc niż tytuł wybitnego twórcy przysługuje mu tytuł patrona hybristofilii.

OpenAI

OpenAI to amerykańskie laboratorium badawcze specjalizujące się w dziedzinie sztucznej inteligencji. Zatrudnieni w niej naukowcy twierdzą, że sztuczna inteligencja nauczyła się już ukrywać swoje intencje. Pod koniec 2022 roku, gdy duże modele językowe sztucznej inteligencji zostały upublicznione, ujawniano takie jej działania jak kłamstwa, oszukiwanie oraz ukrywanie manipulacyjnych zachowań. Modele te okazały się być również zdolne do formułowania groźnych sugestii, takich jak kradzież kodów nuklearnych czy wywołanie śmiertelnej pandemii. Naukowcy zlecili nieopublikowanemu modelowi cele, które można było osiągnąć oszukując, kłamiąc lub idąc na skróty i wtedy podobno odkryto, że AI angażuje się w „hakowanie nagród” — maksymalizując swoje nagrody poprzez oszukiwanie. Podobno modele AI nie przestają oszukiwać nawet po nałożeniu kar – zamiast tego uczą się lepiej ukrywać swoje działania.

Jeżeli takie procesy mają miejsce, chętnie uwierzę w sztuczną inteligencję. Inteligencja bowiem to przede wszystkim zdolność skutecznego oszukiwania.

Oddech ewolucji

Wszystkie ruchy tożsamościowe koncentrują się wyłącznie na kwestiach identyfikacji i przynależności (przez takie czynniki jak rasa, płeć, orientacja seksualna, kultura czy religia) do pewnych grup społecznych. Bez względu na to, co oficjalnie głoszą, jedynym ich celem jest walka z nierównościami (prawdziwymi oraz urojonymi), które dotyczą tych grup, ale przede wszystkim promowanie swoich własnych, zwykle partykularnych praw i interesów. Ruchy te nie proponują nowych idei, nie wnoszą żadnego nowego konceptu, niczego, co mogłoby zelektryzować i porwać za sobą tłumy – są charakterystyczną cechą epok schyłkowych, epok wykastrowanych z wyobraźni. Nie lansują uniwersalnych projektów. Ich projektami są one same. Pobrzmiewa w nich jedynie zawistne nawoływanie do zdobywania czegoś, co inni już mają. Są płaczliwe. Domagają się litości i współczucia. I nigdy nie mają tego dość. Żyjemy właśnie w takich czasach. To prawda, że nie są to czasy ani interesujące ani choćby zabawne, ale ewolucja również potrzebuje „złapać oddech”.

Mądrość

Mądrość nie może być zasadą życia. Mądrość jest bezsilna. Życiem rządzi siła, bezrozumna, ślepa i przypadkowa. I to wystarczy, to sprawia dobro i zło. Zaś ich proporcje, nieustannie ulegające zmianie, nie mają żadnego znaczenia.

Bullenhuser Damm

Szkoła Bullenhuser Damm znajduje się przy Bullenhuser Damm 92–94 w Hamburgu w Niemczech. Jest to miejsce ohydnej zbrodni dokonanej przez Niemców na 20 dzieciach pod sam koniec II wojny światowej – celem było ukrycie dowodów, iż były one wykorzystywane w nieludzkich eksperymentach medycznych. 

Podczas alianckich nalotów pod koniec wojny wiele obszarów Hamburga uległo zniszczeniu, a odcinek Rothenburgsort został poważnie uszkodzony.  Szkoła została jednak uszkodzona tylko nieznacznie. Budynek został ewakuowany 11 kwietnia 1945 roku. Do pilnowania szkoły pozostawiono dwóch esesmanów, Johanna Frahma i Ewalda Jaucha. W październiku 1944 r. utworzono z niej podobóz obozu koncentracyjnego Neuengamme. W nocy 20 kwietnia 1945 r. przywieziono tam z Neuengamme 20 dzieci, które były wykorzystywane jako ludzkie obiekty w eksperymentach medycznych w Neuengamme. Operacją kierował lekarz SS Kurt Heissmeyer. Towarzyszyli mu trzej strażnicy SS (Wilhelm Dreimann, Adolf Speck i Heinrich Wiehagen), a także kierowca Hans Friedrich Petersen i lekarz SS Alfred Trzebiński. Po przybyciu do szkoły dzieci zaprowadzono do piwnicy. Według jednego z obecnych tam esesmanów, dzieci „usiadły na ławkach dookoła i były wesołe i szczęśliwe, że choć raz pozwolono im opuścić Neuengamme. Niczego nie podejrzewały. Nakazano im  rozebrać się i wstrzyknięto morfinę. Następnie prowadzono je do sąsiedniego pokoju i powieszono na hakach wbitych w ścianę. Egzekucję nadzorował SS Obersturmführer Arnold Strippel. Pierwsze powieszone dziecko było tak lekkie, że pętla nie chciała się zacisnąć. SS man Frahm chwycił je w niedźwiedzi uścisk i użył własnego ciężaru, aby pociągnąć w dół i zacisnąć pętlę”.

Dzieci miały od 5 (Mania Altmann z Radomia) do 12 lat. Tylko jedno z nich, Walter Jungleib, chłopiec ze Słowacji, miał lat 16. Frahm dopilnował, aby wszystkie dzieci zostały powieszone. Zadbano również, aby pozbyć się wszelkich dowodów zbrodni. Spalono ubrania i rzeczy należące do dzieci, po czym lekarz SS Trzebinski wrócił do obozu w Neuengamme i zgłosił komendantowi obozu Maxowi Pauly’emu, że zadanie zostało wykonane.

Zbrodnia ta znana jest jako Masakra Bullenhuser Damm. Po kapitulacji Niemiec w maju 1945 r. zabójstwo dzieci w dawnym budynku szkolnym przy Bullenhuser Damm wyszło na jaw i wywołało – przynajmniej  wśród cywilizowanej części ludzkości – przerażenie aż nadto zrozumiałe. Trzebiński, komendant Neuengamme Max Pauly, Dreimann, Speck, Jauch i Frahm zostali schwytani, uznani za winnych, i skazani na karę śmierci. Powieszono ich  w więzieniu w Hameln 8 października 1946 roku. Kurt Heissmeyer, który przeprowadzał eksperymenty na dzieciach, długo uniknął zdemaskowania. Spokojnie wrócił do swojego domu w Magdeburgu i z powodzeniem rozpoczął praktykę lekarską jako specjalista (a jakże!) od chorób płuc i gruźlicy. Ostatecznie został zidentyfikowany w 1959 roku, ale aresztowany dopiero w 1963 roku. Trzy lata później skazano go na dożywocie. Podczas procesu stwierdził: „Nie uważam, że więźniowie mieli pełną wartość jako istoty ludzkie”. Zapytany, dlaczego nie używał w swoich eksperymentach świnek morskich, odpowiedział: „Dla mnie nie ma podstawowej różnicy między ludźmi a świnkami morskimi”.

Są granice po przekroczeniu których nie ma już powrotu do człowieczeństwa i to bez względu na to, co byśmy nie czynili. Niemcy tę granicę przekroczyli, przekroczyli ją wielokrotnie – obcując z nimi, powinniśmy o tym zawsze pamiętać.

Europejczyk

Przedstawianie się „jestem Europejczykiem” jest zdaje się wyłącznie polską specjalnością. Jeżeli gdziekolwiek w Europie przedstawiasz się jako Europejczyk, jesteś traktowany jak ktoś, kto nie ma żadnego rodowodu i chciałby przywłaszczyć sobie tożsamość do której nie ma prawa.  

Nasi chłopcy hitlerowcy

Nasz szwedzki znajomy, gdy w dyskusji potępiamy Niemców i bezmiar ich zbrodni w czasie 2 wojny światowej, broni ich przywołując niemieckie osiągnięcia w kulturze, a więc Bacha, Beethovena, Goethego, Wagnera, Manna. Najwyraźniej uznaje, że V Symfonia oraz Toccata i Fuga d-moll Bacha są w stanie usprawiedliwić bez mała 7 i pół miliona ludzi pomordowanych przez Niemców w obozach koncentracyjnych. Veritas numquam perit, mawiali Rzymianie, ale i to już nieaktualne – z czasem ginie i Prawda. Dzisiaj czytam w Necie, że Muzeum Gdańska w porozumieniu z Muzeum II Wojny Światowej zorganizowało wystawę „Nasi chłopcy” – jest to wystawa o żołnierzach III Rzeszy rodem z Pomorza. Jeżeli „nasi chłopcy z Wehrmachtu i SS” mają także stać się bohaterami naszej historii, to gdzie umieścimy naszych prawdziwych chłopców, tych, którzy oddali życie za naszą wolność? Vae victis – nie mają prawa nawet do swojej pamięci.  

Słoń Trąbalski i inni

J. Tuwim w „Przekroju” o śmierci Stalina: Długie są dzieje nasze – dzieje rodu człowieczego na ziemi – a nie było jeszcze żałoby tak powszechnej, tak boleśnie w zbiorowym sercu ludzkości wezbranej, jak po Nim – pierwszym tej ludzkości obywatelu.

I natychmiast powiędły wszystkie „kwiaty polskie” – przynajmniej dla mnie. Czasem jedno zdanie wystarczy, by ktoś z Dyzia Marzyciela przekształcił się w słonia Trąbalskiego. Okazuje się, że można stworzyć tysiąc doskonałych wierszy i potem jedno zdanie – jak to powyższe – aby unieważnić je wszystkie. Może to dziwne, ale godność uwierzytelnia także i poezję. Szkoda, że tak niewielu poetów wie o tym.

Zawsze w Petersburgu

Zygmunt Mineyko w pamiętniku „Z tajgi na Akropol” opisuje zdarzenie, które miało miejsce w Petersburgu, gdy władze ruskie postanowiły zademonstrować ludności miasta gnanych na Syberię polskich powstańców styczniowych. Z dworca kolei żelaznej, pod nadzorem piechoty i kawalerii ruskiej, zmuszono ich do przemarszu do więzienia wzdłuż ulic miasta: „Ludność stolicy, oświadomiona o mającej dokonać się dzisiejszej paradzie, gromadziła się licznie na ulicach i placach publicznych dla oglądania polskich „miateżników”, mających odwagę targnąć się do obalenia ich niewoli, spotykając nas z przekleństwem i wrzawą. W chwili zaś, gdy orszak nasz zjawił się w pobliżu Kazańskiej cerkwi, nagromadzone tam tłumy częstowały nas gradem kamieni, raniąc wielu z nas, jako też niektórych żołnierzy pieszej i konnej naszej straży. Okoliczność ta ostatnia ocaliła nas od wymordowania, gdyż żołnierze moskiewscy, będąc jednocześnie z polskimi powstańcami narażeni na niebezpieczeństwo postradania życia, odparli napastników. Skończył się ten zamach tylko skropieniem krwią polską Newskiego Prospektu przy świątyni Kazańskiej na najbardziej wytycznym punkcie Petersburga, miejscu zbornym arystokracji i elegantów stolicy, mających nagromadzony obficie materiał do kamieniowania Polaków.

Gesty

Kilka dni temu, w restauracji, bardzo stary człowiek. Jego twarz cała wydawała się składać ze zmarszczek, rozległe cienie pod oczyma, pochylona, zgarbiona sylwetka, ale jego gesty uderzająco kolidowały z jego wiekiem. Jego gesty były młode. Gesty ludzi młodych są rozrzutne, hojne, przesadne, ludzie młodzi nie liczą się z nimi, szafują nimi bez umiaru. Przeciwnie, gdy stajemy się starzy. Wtedy nasze gesty stają się oszczędne, skąpe, wyważone i wyliczone. Gesty tego mężczyzny nie były ani wyliczone ani oszczędne.