Ambicja

Cenimy ludzi ambitnych, a ambicje – jeżeli nie są przesadne i bezwzględne – skłonni jesteśmy uznawać raczej za zalety niż wady. Ludzie ambitni jawią nam się jako ludzie silni i zapewne jest to prawdą.

Do ludzi zazdrosnych mamy już nieporównywalnie mniej pozytywny stosunek, chociaż zazdrość jest niczym innym jak zdławioną i karłowatą formą ambicji – zazdrość jest bowiem ambicją słabych. Te dwie nasze cechy są do siebie zadziwiająco podobne. Obydwie, nakazując nam patrzeć na innych i przymierzać się do nich, oddalają nas od samych siebie, od naszego własnego przeznaczenia. Zastanówmy się – któż to w istocie jest człowiek ambitny? To ktoś, kto nie zadawala się tym, czym jest. To ktoś, kto chce być czym więcej. W samym pragnieniu „bycia czymś więcej” nie ma nic złego, ale taki człowiek chce również być wyżej, chce panować nad innymi i tutaj czycha na niego pułapka. Przymierza się do innych. Usiłując być kimś więcej niż inni – popada w zależność od innych. Zaczyna żyć innym, obcym mu życiem. Identycznie jest z człowiekiem zazdrosnym. Cierpi on męki z tego powodu, że nie jest tym innym, kimś, kto został obdarowany przez los hojniej, kto otrzymał więcej, kto ma się lepiej. Człowiek zazdrosny i człowiek ambitny żyją fikcyjnym, pożyczonym życiem, w którym więcej jest rozglądania się na boki i przymierzania się do innych niż patrzenia w siebie i na siebie. I ambicje i zazdrość czynią z naszego życia karykaturę, wypaczają je.

Być może jedyną, w miarę zdrową formą ambicji jest ta, która każe nam przyglądać się tylko sobie samym, przymierzać się tylko do siebie, która pozwala nam jasno i wyraźnie postrzegać własne braki oraz słabości i wyposaża nas w wolę, by pokonywać je i przekraczać. Ale ten rodzaj ambicji jest niewiarygodnie rzadki.