Po lekturze Dostojewskiego traci się apetyt. Potrzebne jest womitorium. Ale czytaj go, jeżeli chcesz dowiedzieć się, czym jest Rosja. Genialna retoryka destrukcyjnej skruchy, pychy i masochizmu. Wszyscy inni, nieważne czy Achmatowa czy Tołstoj, kłamią.
Miesiąc: marzec 2018
Do kretynów
Mam serdecznie dość kretynów, którzy mylą swój nędzny los z losem naszej planety!
Mów
Mów lekceważąco o sobie. Doskonały sposób, by pomniejszyć się w oczach innych ludzi. I najbardziej skuteczny. Ludzie uwierzą ci bez najmniejszych zastrzeżeń, jeżeli będziesz mówić o sobie lekceważąco.
Znajomość życia
Tzw. „znajomość życia” to kilkanaście dość banalnych reguł. Nie trzeba przeżyć życia, by nauczyć się życia. Wystarczy poczytać Balzaka. Niemal cała jego bogata twórczość jest oparta na tym schemacie. Z czystym sumieniem można go polecić jakimś kosmitom, jeżeli wybierają się do nas w odwiedziny i chcieliby potraktować to poważnie. Balzak, w przeciwieństwie do psychoanalityków, psychologów i innych szarlatanów da im rzetelne podstawy w tej dziedzinie.
O wybaczaniu
Kobieta wybacza, ale nigdy nie zapomina. Mężczyzna nigdy nie wybacza, lecz zawsze zapomina.
Słowa
Nigdy nie wierz w to, że istnieją słowa obojętne. W żadnym języku nie ma takich słów, które nie obiecują niczego. Każde wypowiedziane przez nas słowo zawiera zawsze jakąś obietnicę.
Ignorancja
W gruncie rzeczy ludzie nie wiedzą nic – albo niewiele. Wszyscy nawzajem kokietujemy się bezustannie ignorancją. Jeżeli robimy to z przekonaniem, inni wierzą, że posiadamy ogromną wiedzę. Niekiedy nawet sami zaczynamy w to wierzyć.
Kilka myśli
Jesienią mam czasem pożółkłe myśli. Dzisiaj miałem zamarznięte. Przypominały białe larwy.
Są ludzie, którzy twierdzą, że kochają literaturę. Zaczynają ją nawet studiować. Jak można studiować coś, co się kocha? Czy dlatego żaden profesor literatury nie napisał nigdy wspaniałej powieści?
Nie jestem typem uczonego. Moja myśl szybko nuży się tą samą frazą, tym samym tematem, w ciągłej pogoni za nową metaforą, za kolejną tajemnicą.
Ci, którzy oferują nam długie życie, podstępnie okradają nas z nieśmiertelności.
Podróż
Podróżując nigdy nie wiemy więcej – podróżując wiemy coraz mniej i mniej. Podobnie jak z wiedzą. Nabywając jej odkrywamy zawsze, jak mało wiemy, a potem odkrywamy także, że nigdy nie będziemy wiedzieli tyle, by móc powiedzieć, że już coś wiemy.
Dwa cytaty
Canetti: Ktoś postanawia pozbyć się Greków ze świata, od samego początku. Co pozostaje? Bełkot.
Wittgenstein: Ambicja jest śmiercią myślenia.
Tak
Czy żyjemy na próżno? Tak. Wszyscy. Świat i tak pożre kiedyś sam siebie.
Próżność
„Pozostawić coś po sobie” … Wielu z nas koniecznie chciałoby „pozostawić coś po sobie” . Chciałoby się zapytać, po co, w jakim celu, gdyby to nie było takie oczywiste. I gdyby jeszcze była to jakaś cenna myśl, dzieło sztuki, genialne spostrzeżenie, jakaś mądra rada dla tych, którzy przyjdą, lecz nie, tak nigdy nie jest i nie to zostawiamy. Ileż w tym próżności i nieuzasadnionej dumy z bycia niczym!
Pamięć i życie
Obecnie żyjemy coraz dłużej i dłużej. Cóż więc w tym dziwnego, że wielu nie może sobie przypomnieć, po co żyje … Kiedy wydłuża się życie, kurczy się pamięć.
Wiadomości
Dzisiejsze wiadomości służą jedynie do tego, by zapomnieć o wczorajszych. Nie mają innej funkcji. Nigdy nie miały.
Koniec
I to szczególne przekonanie, że nigdy niczego nie należy kończyć, zamykać, że trzeba wciąż i wszystko zaczynać od początku, i potem pozostawiać w pół zdania, wybiegając ku czemuś innemu, by zacząć to i też nie skończyć, by pozostawić to otwarte, jak otwarte jest samo życie, które z każdą sekundą zaczyna wszystko od początku i w którym nawet koniec jest tylko jakimś innym początkiem … Słowo „koniec”, którego tak często i chętnie nadużywamy i które zręcznie fałszuje rzeczywistość, jest bardzo ludzkie, jest właściwe tylko dla nas, opisuje nas najlepiej i najtrafniej, dotyczy bowiem naszych złudzeń, ale nie odnosi się do niczego. Jeszcze jeden denotat bez desygnatu.
Nie
Nie. Nie piszę dla ciebie.
Eufemizacja – aneks
Aulus Geliusz „Noce attyckie”: W Afryce żyły rodziny, których mowa posiadała szczególną moc. Kiedy nadmiernie wychwalały piękne drzewa, urodzajne pola, miłe dzieci, wyborne konie, tłuste, dobrze odżywione bydło, wszystko to marniało jedynie na wskutek tych zachwytów, z żadnego innego powodu.
Lament Wisławy
Lament Wisławy Szymborskiej po śmierci Stalina:
Ten dzień o śmierci Józefa Stalina
Jaki rozkaz przekazuje nam
na sztandarach rewolucji profil czwarty? –
Pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty!
Wzmocnić warty u wszystkich bram!
Oto Partia – ludzkości wzrok.
Oto Partia: siła ludów i sumienie.
Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie.
Jego Partia rozgarnia mrok.
Niewzruszony drukarski znak
drżenia ręki mej piszącej nie przekaże,
nie wykrzywi go ból, łza nie zmaże.
A to słusznie. A to nawet lepiej tak.
Dlatego można było przyznać jej nagrodę Nobla. Herbert nie posiadał, niestety, tak wybitnych i politycznie poprawnych zasług.
Oszustwo
Postrzegam, jak ludzie wokół mnie zmieniają się, postrzegam ich duchowe i fizyczne przemiany, ale sam odbieram siebie jako niezmieniającego się, od kiedy tylko siebie pamiętam. Jakże niedoskonałe oszustwo!
Prawda i poglądy
Jeżeli masz poglądy, idioto, to po co pytasz o prawdę? Tam, gdzie są poglądy, nie ma żadnej prawdy.
Koincydencje
Dzisiaj zmarł Stephen Hawking. Lubię koincydencje: 14 marca jest także dniem urodzin Alberta Einsteina.
Eufemizacja
Nie wiem, czy kiedykolwiek w naszych dziejach zachwycaliśmy się życiem tak często i tak bezrozumnie jak obecnie. Zachwycamy się życiem na widok pierwszego lepszego kwiatka, gdy słyszymy przeraźliwie piszczącego bachora, gdy jakieś inne beztalencie maltretuje nasze uszy, gdy jakiś analfabeta skleci kilka zdań i gdy inny analfabeta wyda je w formie jakiejś książki, zachwycamy się każdym transwestytą, gdy tylko pojawi się publicznie w rajstopach i wypchanym biustonoszu, każdym homo, które ogłosi, że zakochało się w innym homo, każdym kopiącym piłkę, gdy uda mu się wkopać ją w to miejsce, które nazywa bramką, a które rozmiarami przypomina wjazd do zajezdni tramwajowej, zachłystujemy się z zachwytu, gdy ktoś gotuje, sadzi kwiatki, maluje bohomazy, celnie pluje lub koszmarnie oszpeci się tatuażem …
Mamy zażyły i bardzo intymny kontakt ze światem, sensualny i seksualny, wypełniony chorymi pieszczotami wszystkiego, co rozgrywa się wokół nas – obmacujemy świat, ślinimy się nad światem, gładzimy go, pieścimy, eufemizujemy w jakimś obłędnym przekonaniu, że tak jest lepiej i dla nas i dla świata. Uczymy się pieścić świat coraz doskonalej, intensywniej i skuteczniej. Zapieszczamy go do niepoznania, na śmierć.
Trzy razy ja
Wola. Mam niekiedy wrażenie, że posiadam dwa rodzaje woli: wolę właściwą, jeżeli ją tak nazwać, i wolę okazjonalną, która aktywizuje się w sytuacjach, gdy jestem zobligowany do działania, gdy wydarzenia czy okoliczności przymuszają mnie do tego. Pierwsza z nich jest stała i endogenna, druga nietrwała i obca. Uruchomiając tę pierwszą jestem w stanie coś osiągnąć, druga rozsypuje się jak domek z kart, gdy tylko znikają czynniki przymusu.
***
Nic, co zdobywa się w trudzie, nie wydaje mi się być warte zachodu i nigdy nie zapadłem na ten rodzaj pospolitej dzisiaj choroby, która – podrażniając ambicję – powoduje, że oddajemy się działaniom, które budzą w nas jedynie niechęć, sprzeciw czy wręcz odrazę. Rezultaty takich czynów, nawet jeśli przynoszą ewidentne korzyści, nie sprawiają mi żadnej radości. Zawsze w takich sytuacjach mam wrażenie, że stałem się ofiarą ohydnej i nienawistnej mi pazerności, że oszukałem sam siebie. Trud, mordęga, wysiłek ponad siły drenują mnie z wszelkiej zdolności do odczuwania przyjemności z osiągniętego celu. Najradośniejsze i najprzyjemniejsze jest moim zdaniem to, co osiąga się bez mozołu, jakby przypadkiem, jakby od niechcenia, i tylko wtedy potrafię cieszyć się z tego szczerze i prawdziwie.
***
Jestem już świadom tego, że mam skłonność do częstego posługiwania się intuicją, może częstszego niż to konieczne czy bezpieczne, i – co gorsza – potrafię zasłaniać się nią, gdy czegoś nie chcę robić. Niestety, w takich razach bywam przekonywujący nawet dla siebie samego.
List
Drogi Gwyddionie,
Twoja przesyłka z cudownym listem zaskoczyła mnie w ogrodzie, w poranek mglisty, lecz ciepły, gdy ubrudzona ziemią klęczałam właśnie między fioletowym dywanem dzwonków dalmatyńskich, a żagwinem. Można więc powiedzieć, że i tym razem tradycji stało się zadość – Twoje pomysły zawsze „rzucały mnie na kolana”, niekiedy prawie dosłownie. Dostarczył mi ją młody listonosz, który wydaje mi się być jak stworzony do tej funkcji. Mimo iż obsługuje naszą dzielnicę już od roku, mimo iż widujemy się kilka razy w tygodniu, w żaden sposób nie potrafię zapamiętać jego twarzy i nawet teraz, choć był tu zaledwie kilka godzin temu, nie umiałabym ani jej opisać ani rozpoznać. Ale czyż w gruncie rzeczy nie powinno tak być? Czyż ci, którzy roznoszą okruchy zagubionego czasu, nie powinni być równie nierozpoznawalni i bezimienni jak sam czas?
Wiem, pomyślałeś teraz, że na starość całkiem rozsypała się moja i tak zawsze wątła pamięć. Nie zaprzeczaj, nie mam o to żalu, masz prawo tak myśleć. Chcę jednak, abyś wiedział, że ja także pamiętam tamten dzień, ten nieszczęsny dzień, gdy pomyliłam perony i wsiadłam do innego pociągu, przekonana, że przecież tak umówiliśmy się, pewna, że zaraz mnie znajdziesz, i nie czułam niepokoju nawet wówczas, gdy odjeżdżał, spokojnie oczekując chwili, gdy otworzą się drzwi przedziału i ukażesz się w nich, z bukietem róż, z czekoladkami Beringera w karmazynowej bombonierze w kształcie serca, z maską Arlekina na twarzy, z jakąś niespodzianką, jak zwykle. Nigdy nie uwierzyłeś, że wszystko odbyło się tak banalnie prosto, ale i nigdy nie pozwoliłeś mi o tym opowiedzieć, nie dałeś mi żadnej szansy, nie chciałeś słyszeć ani słowa, a ja czułam się winna i pokornie milczałam. To prawo już nie obowiązuje, Gwyddionie, i teraz – czy tego chcesz czy nie – będziesz zmuszony wysłuchać moich sentymentalnych zwierzeń do końca … Mijały minuty i nie pojawiałeś się, ale przyznaję, że i wtedy jeszcze daleka byłam od niepokoju. Dlaczego zresztą miałabym czuć niepokój? Graliśmy tyle ról i tyle gier, rzeczywistość była świętem, teatrem i szachownicą, pomyślałam, że to jeszcze jedna gra, że właśnie o to ci chodzi, że siedzisz zapewne w sąsiednim przedziale i jesteś pewien, że przestraszę się i zacznę cię szukać. Och, byłam prawie dumna, że przejrzałam Twój podstęp i podobała mi się ta gra, i chciałam ją wygrać, przygotowałam nawet końcową scenę, obojętna mina, celna replika, podziw w Twoich oczach. Ale w jakimś momencie, nagle, ziarenko zwątpienia, które błyskawicznie spęczniało i eksplodowało we mnie niczym granat. Jak Ci opisać, Gwyddionie, jak Ci opisać moje przerażenie, gdy odkryłam, że Ciebie nie ma w tej grze, że gram z widmami mojej własnej wyobraźni?
To przerażenie nie opuściło mnie już nigdy. Setki razy powracało w snach i setki razy odjeżdżałam w nich tym samym pociągiem, przeżywając od nowa każdą chwilę, szukając Cię, półprzytomna ze strachu, biegnąc przez wagony, by dotrzeć do ostatniego i obudzić się z krzykiem w nocy, spocona i drżąca, i oczekiwać potem poranka w fotelu pod oknem, w towarzystwie zdradliwych przyjaciół, mocnej kawy i papierosów. M. twierdziła, że to zwyczajna histeria, że moje przeżycia, w porównaniu z przeżyciami innych ludzi, byłyby jak maleńki kamyk u stóp góry, a mimo tego nie przeszkadza im to spać i nie boją się zasypiać. Nie zrozum mnie źle, nie chcę bronić moich demonów, ale czy istnieje wspólna miara odczuwania, metrum dla wszystkich, czy kamyk nie może być równie przytłaczający jak góra? Jeszcze i dzisiaj zdarza się, że odjeżdżam w snach tym pociągiem, ale już nie zrywam się z krzykiem, pozwalam mu uwozić się w moje życie, takie, jakm było, i tylko rano jestem trochę smutniejsza, nic takiego.
Tamto przerażenie odcisnęło ślad także i na mojej jawie. Jestem teraz idealnym pasażerem, Gwyddionie, pokornym i zdyscyplinowanym. Stawiam się na dworcach o dwie godziny za wcześnie, wiele razy upewniam się, czy wsiadam do właściwego pociągu, i do końca podróży nie mogę pozbyć się niepokoju, czy dotrę do celu i kiedy już jestem na miejscu, nie mogę w to uwierzyć.
Od tamtego czasu nie lubię róż i maski Arlekina. Róże pachną goryczą, a rysy Arlekina są złowrogie. Nie lubię także peronów, pociągów i podróży. Wiem, że to śmieszne, te fobie po latach, ale czyż starość nie składa się z tego, co nas kiedyś sparzyło i z tego, co nam teraz szkodzi? Nie, Gwyddionie, ja wciąż nie mam nic na swoją obronę i nadal nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że tak drobne i banalne zdarzenie mogło przeważyć szalę naszych losów i znaczyć znacznie więcej niż wszystko, co nas łączyło. Być może wszystko byłoby inaczej, gdybyśmy nie byli tacy młodzi, ale byliśmy, świat miał tylko dwa kolory, miłość i nienawiść, i wyraźne kontury, ostre jak stłuczone szkło. W życiu każdego z nas, nawet jeśli nie przyznajemy się do tego, jest taka chwila, którą chciałoby się cofnąć i takie miejsce, do którego chciałoby się powrócić. Ja chciałabym cofnąć się do tamtego dnia, chciałabym odnaleźć Cię, czekającego na mnie daremnie na innym peronie, i znów być młoda, Gwyddionie, i iść u Twego boku jedną z tych ulic, które dawno już nie istnieją, trzymać Cię za rękę, czuć swoje ciało, odzyskać zdolność zachwycania się marzeniami i słuchać Cię, słuchać bez końca, że podbijesz świat, że rzucisz mi go do stóp, że zbudujesz najpiękniejsze domy, i że zawsze będziesz mnie kochał …
Kto mi może zwrócić tamtą chwilę? Kto mi raz jeszcze ją podaruje, Gwyddionie? Wierz mi, przyjęłabym ją zarówno z rąk Boga jak Szatana, płacąc każdą cenę, bez wahania i z radością. Jednak nie Boga o to proszę. Bogowie spełniają tylko to, co możliwe, co spełnić się może. To, co niemożliwe, co łamie reguły naszej egzystencji, ofiarowuje nam jedynie Szatan. Czy to nie ironiczne, że on jest naszą ostatnią nadzieją?
Moja pamięć nie zawodzi mnie, Gwyddionie, już nie. Nie pamiętam twarzy listonosza, ale to zapewne z tej prostej przyczyny, że i nie ma czego pamiętać. Zapamiętuję jednak dziesiątki innych twarzy, z biegiem lat zapamiętuję je coraz łatwiej i coraz łatwiej znajduję w nich to, czego kiedyś na pewno nie potrafiłabym dojrzeć. Pamiętam także Twoją twarz, pamiętam wiele Twoich twarzy i teraz wszystkie są jednakowo prawdziwe i nie powiedziałabym już, jak kiedyś, że próbujesz ukryć swoją twarz, że zakładasz maski, że kłamiesz. Kłamiemy słowami, kłamiemy czynami, nigdy twarzą.
Nie pytaj mnie o moje życie. Każdy dzień mógłby mieć tę samą nazwę, trochę pracy w ogrodzie, książki, stary nawyk, choć zapału starcza już zaledwie na kilka stron, resztę znam lub mogę odgadnąć, wizyty u lekarza zastąpiły wizyty w teatrze, a nekrologi czytam jak kronikę towarzyską. Jak dobrze wiesz, miasteczko jest małe, uniwersytet nadawał i wciąż nadaje mu ton, kilka razy w miesiącu spotkania w gronie nobliwych profesorów, pań z towarzystwa i duchownych, nie dyskutuje się już literatury, ale za to wirują okrągłe stoliczki i fantazja, i zmarli kreślą swoje imiona na tabliczkach ouija. Profesor Radesz (może jeszcze pamiętasz jego obrazoburcze artykuły z „Głosu Wieków”?) pisuje teraz rozprawy o duchach i poluje na nie z zapałem w nawiedzanych zamkach, a ksiądz Summers wydał właśnie szósty tom księgi o czarach, czarownicach i wilkołakach. Nikogo już nie zajmują architektura, poezja czy uczucia. Mistycyzm króluje wszechwładnie, szaleństwo jest pełne, i nawet wzorowe matki i żony piszą wieczorami, dla odprężenia, okrutne i mroczne opowiadanka, a Piotr Haining wydaje je potem w setkach tysięcy egzemplarzy i radośnie zaciera ręce. Czasem mam wrażenie, że wszyscy na coś czekamy i nikt nie wie na co. Sam wiesz, wspominałeś o Mgle, kończy się epoka, rozum zasypia, budzą się upiory.
Zdumiewa mnie jednak, że Ty narzekasz na samotność, chociaż w Twoim liście tyle imion i miejsc, spotkań i zdarzeń, tyle ruchu i życia. Czy to nie kokieteria, Gwyddionie, ale może chciałeś mnie w ten sposób pocieszyć? Piszesz o Juliuszu (pozdrawiaj go ode mnie), a Adrianie (portret znakomity, choć czuję, że nie całkiem bezstronny) i o Branie. Czy to nie dziwne, że Twój przyjaciel nosi właśnie to imię? Wydaje mi się to tak nieprawdopodobne, że gotowa byłabym uwierzyć, iż wymyśliłeś go. Czy on już wie o tym? Czy powiedziałeś mu?
Dziękuję Ci za projekt naszego domu. W jakiś irracjonalny sposób zawsze wierzyłam, że otrzymam go i nigdy nie przestałam w to wierzyć. Byłam pewna, że kiedyś go wyśnisz. I nie mniej mi za złe, że nie tyle zależało mi na tym, abyś go zbudował, co właśnie, żebyś go wyśnił. Jest piękny i realny, bo teraz już nigdy nie będzie podlegał ograniczeniom ścian i sufitów, nie będę ścierać w nim kurzy, jego przestrzeń nie zakrzepnie i nie będzie nas więzić. Będę mogła spacerować po nim z zamkniętymi oczyma, każdego dnia zmieniać meble i kolory, i przyjmować w nim tylko tych, których sama zaproszę. Nikt do niego nie wejdzie bez naszej zgody, Gwyddionie, i nikt nie zakłóci jego ciszy. Wbrew temu, co napisałeś, że posyłasz mi „kreski na papierze, zamiast cegły i kamienia”, jest to prawdziwy Dom, bo Dom nie jest czymś w czym mieszkamy. Dom jest czymś, co nosimy w naszym sercu. Twoja C.
(Fragment powieści „Urbs”)
Szczerość
Szczerość to ulubiony środek wyrazu stosowany przez chama. Zauważ, że cham jest zawsze szczery. Szczerość nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego, a więc nie wymaga od chama tego, do czego nie jest zdolny.
Co zagłuszamy
Ludzie wędrujący po ulicach ze słuchawkami w uszach, doskonale obojętni na spektakl, który rozgrywa się na ich oczach, poddani bezpośredniej iniekcji ogłuszających porcji zgiełku … Twierdzisz, że nie chcą słyszeć innych? Nie sądzę, że chodzi tu o innych. Nie chcą słyszeć samych siebie. Inna ewentualność: chcą zagłuszyć pustkę w sobie.
Tropiciele Prawdy
Istnieją ludzie gotowi dociekać tzw. prawdy z pasją średniowiecznych inkwizytorów. Nie spoczną, dopóki jej nie dopadną i nie ogłoszą. Nie zawahają się użyć tortur, jeśli tylko jest to konieczne, by ujrzała ona światło dzienne. Nie powstrzyma ich nic. Opętani pasją, by czytać z fałszywych tropów, przypadkiem złamanych gałązek, dawno wygasłych ognisk i mistycznych odchodów, stanowią mieszankę psa gończego, Nathaniela „Natty” Bumppy ze słynnej powieści Coopera i enkawudzisty. Są wytrwali i niezłomni. Prędzej padną niż porzucą trop. Tropicieli prawdy należy unikać jak ognia i zarazy.
Dávila – dwie myśli
Nicolás Gómez Dávila: Jeśli Europejczyk zdejmie chrześcijańską tunikę i klasyczną togę nie pozostanie z niego nic poza barbarzyńcą o bladym obliczu.
Zgadza się. (Patrz. Skandynawowie, zwłaszcza Szwedzi).
***
Myśl Dávila, która świetnie ilustruje europejską politykę imigracyjną: Przyjmować wszystko, nigdy nie odmawiając, może być wyrazem nie tyle gościnności, co raczej prostytucji.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.