Bardzo wielu ludzi, szukając kontaktu z naturą, idzie do parku. Nieporozumienie. Park nie ma nic wspólnego z naturą. Park to jedynie inna forma martwej natury. Każdy park jest namalowany.
Miesiąc: listopad 2018
Portrety
Bracia Goncourt, „Dziennik”. Znakomite portrety ich współczesnych
Baudelaire: Obok je kolację Baudelaire: bez krawata, z nagą szyją i ogoloną głową, jakby szedł na gilotynę. Jedyny wykwint to ręce: małe, wymyte, wypielęgnowane, gładkie. Głowa szaleńca, głos tnący niczym ostrze. Pedantyczny sposób mówienia; atakuje Saint-Justa i trafia go celnie.
Sainte-Beuve: Wysokie odsłonięte czoło łączy się z łysą i białą czaszką. Wielkie oczy, nos długi, ciekawy, łakomy, duże usta o nieładnym rysunku, szeroki uśmiech ukazujący białe zęby; policzki wypukłe jak szkło lupy; trochę żabi; różowa i dobrze odżywiona skóra w dolnej partii twarzy. Robi wrażenie inteligentnego prowincjusza, co spędza czas wśród książek, zamknięty w czterech ścianach biblioteki, pod którą znajduje się piwnica z zacnym burgundem; jest rześki, biały, krwisty.
George Sand: Pani Sand ma w sobie coś z widma, z automatu. Mówi głosem mechanicznym i monotonnym, który, zawsze jednaki, ani nie wznosi się, ani nie opada. W jej pozie jest powaga i godność słonia, spokój przeżuwacza. Przypomina zimne i spokojne kobiety z portretów Mierevelta, a zarazem przełożoną domu dla upadłych kobiet. Gesty powolne, somnambuliczne; od czasu do czasu takim samym gestem pociera woskową zapałkę i wtedy widać płomyk zapałki i żarzącego się papierosa. Żadnego światła w głosie, żadnej barwy w słowach.
Renan: Łeb cielęcia z czerwonymi plamami i stwardnieniami skóry małpiego zadka. Tęgi, krótki, źle zbudowany, głowa wciśnięta w ramiona trochę jak u garbusa, w twarzy coś z wieprza, ze słonia, oko małe, ogromny zwisający nos, cała twarz w cętkach. Z tej postaci wyglądającej niezdrowo, niekształtnej, brzydkiej dla oczu, brzydkiej moralnie, wydobywa się kwaśny i nieszczery głosik.
Sąsiedzi
Sąsiedzi z ostatniego piętra domu po drugiej strony ulicy wprowadzili się tam niedawno. Są bardzo młodzi. Mają wielki, całościenny telewizor i kilkumiesięczne dziecko. Dziecko jest przygotowywane do oglądania telewizji już od najwcześniejszych godzin rannych. Zwykle układają je na kanapie, ustawionej wzdłuż okna, naprzeciwko tego żarłocznego, monstrualnego ekranu i spokojnie mogą oddawać się innym zajęciom. Przeważnie są w domu oboje, ale dzisiaj dzieckiem zajmował się tata. Młody, dość wysoki, nieco łysawy, roznegliżowany do kusych, plażowych majtek. Zmieniał dziecku pieluszki, stojąc pod oknem. Robił to sprawnie, trzeba przyznać. Potem kilkakrotnie podnosił pieluszkę do nosa i obwąchiwał prawie z lubością. Obrzydliwe. I nie tylko to małpie obwąchiwanie.
Bóg i inni
Bracia Goncourt, „Dziennik”: Ludziom trzeba boga, a kiedy go brak, bóstwem staje się człowiek, którego plugastwo nawet jest wielbione. Trzeba czegoś lub kogoś, przed kim duch tłumów ukorzy się i poniży; w przyszłych społeczeństwach religię zastąpi może cezaryzm. Zamiast Boga, który stał się człowiekiem, człowiek stanie się Bogiem.
I dokładnie tak się stało. Lenin, Stalin, Mao, inni. Masy muszą w coś wierzyć. Nie wolno odbierać im Boga. Bóg to może najmniejsze zło.
Absolut
Muzeum Archeologiczne w Atenach. Wspaniały, wielki gmach, imponujące ekspozycje. I znużenie, które pojawia się szybciej niż się tego spodziewasz. Tylko piękno i realizm. W tych rzeźbach nie ma żadnych marzeń i ani cienia fantazji. Jest natomiast jakaś obłędna, zegarmistrzowska precyzja, jakby artysta pragnął idealnie skopiować rzeczywistość, a nawet prześcignąć ją w realizmie. W tych liniach jest niewiarygodne, maniackie dążenie do absolutu. Antyczna sztuka próbowała odzwierciedlić świat. Dopiero tutaj, w tym miejscu, zaczynasz pojmować, dlaczego najwyższym komplementem i wyrazem uznania dla tamtych twórców było porównanie ich dzieł do tworów natury.
Głos
Jak można poważnie uznać za piosenkarkę kobietę, która rozbiera się niemal do naga, by coś zaśpiewać? Ani słowiki ani drozdy nie oskubują się z piór w czasie swoich treli. Edith Piaf nie musiała zdejmować sukni do śpiewania. Ewa Demarczyk również nie rozbierała się, by śpiewać. Wychodziły na scenę, śpiewały, bez ekwilibrystyki czy epileptycznych podrygów, i świat znikał. I jeszcze dziś znika, gdy ich słuchamy. Nadmiar garderoby nie jest może najlepszym pomysłem dla pływaczki, zwłaszcza uprawiającej styl motylkowy w dystansie na dwieście metrów, ale żeby rozbierać się do naga przy śpiewaniu? Głos to wibracje wytwarzane przez struny głosowe, a te raczej niekoniecznie muszą mieścić się w miseczkach biustonosza.
Zasady
Tak, to prawda, że mam sporo zasad. Szczęśliwie jednak nigdy nie przeszkadzało mi to w tym, aby je łamać przy każdej sposobności. Wmówiłem sobie, że jest to jedyny naprawdę skuteczny sposób, aby przekonać się, że się je ma.
Ulice
Dzisiaj rano, budząc się, uświadomiłem sobie nagle, że dorastałem w kraju, gdzie nazwy ulic bywały najczęściej nazwiskami morderców.
Akcent
Ktoś niedawno zwrócił mi uwagę na to, że mówię w tym zabawnym języku z wyraźnym akcentem. Odparłem, że być może mówię z akcentem, ale – w przeciwieństwie do wielu innych – myślę bez akcentu. Nie zrozumiał. Choć mówi bez akcentu.
Richelieu
Kardynał Richelieu: Państwo, którego wszyscy poddani mieliby wykształcenie, byłoby tak samo potworne, jak ciało z oczami we wszystkich swoich częściach. Posłuszeństwo byłoby w nim równie rzadkie, jak pycha i zarozumialstwo codzienne.
Sen L
Człowiek jest bogiem, gdy śni i tylko żebrakiem, gdy myśli, powiedział Fredrich Hölderlin. L. przysłała mi swój sen: Lato, byłam na wsi, krajobraz całkiem jak z dzieciństwa, gdy boso biegałam po nagrzanym piasku. Od tego wiejskiego obrazu, skąpanego w słońcu, odciągnęła mnie świetlista sylwetka młodej dziewczyny z białym warkoczem sięgającym aż do ziemi. Krzątała się żwawo przy pobliskim płocie, podlewając kwiaty. Przyglądałam się jej jak urzeczona, nie mogłam oderwać od niej wzroku, a kiedy zbliżyła się do mnie, nagle pojawiły się przede mną trzy wielkie słoje z wodą, w których unosiły się wolno płatki róż. Dziewczyna pochyliła się nad wodę i zaczęła witać się i radośnie wypowiadać słowa pełne pieszczot i miłości. Płatki róż odpowiedziały na jej słowa, tańcząc coraz żwawiej, i ułożyły się w przepiękny uśmiech. W chwilę potem ujrzałam w wodzie moje własne stopy. Słoje zamieniły się teraz w wielkie szklane miednice, a płatki róż przybrały inny kształt, twarz cherubina. Tuż obok ujrzałam starą ikonę przedstawiającą Chrystusa. Wpatrywałam się wodę i ikonę i wtedy otworzyłam oczy. Była godzina 4.40.
Persjusz
Respue quod non es – Odrzuć to, czym nie jesteś (Persjusz, Aulus Persius Flaccus).
Motłoch i piękne wnętrza
Pierwszy złodziej i lump literatury Jean Genet nie miał wątpliwości, że „piękne wnętrza narzucają piękne gesty”. Bracia Goncourt uważali podobne twierdząc, że to „miejsca tworzą publiczność”. W biało-złotym wnętrzu, wśród mebli wyściełanych czerwonym aksamitem, nie zjawiłby się nikt z motłochu. Obawiam się, że są to prawdy z wczoraj. Dzisiaj motłoch bez żenady wkracza do biało-złotych wnętrz i natychmiast wywala swoje zabłocone i smrodliwe buciory na meble wyściełane czerwonym aksamitem.
Ta sama historia Pigmaliona
Pigmalion, lat pięćdziesiąt osiem, szczupły, wciąż jeszcze przystojny mężczyzna o świetnej prezencji i nienagannych manierach, trochę w stylu Davida Nivena, nieco staroświecki, lecz uroczy. Zamożny, pasjonat opery i operetki, muzyki klasycznej, znawca francuskich oraz włoskich win, bon vivant chętnie korzystający z uciech życia, korzystający z nich radośnie, bez cienia przykrej łapczywości, tak odstręczającej u większości nuworyszy. Pigmalion znał się bez mała na wszystkim, umiał wiele, wiedział jeszcze więcej, lecz – jak przystało na dżentelmena – nie okazywał tego nigdy, a jeżeli został do tego zmuszony, prezentował to z żartobliwym lekceważeniem lub zamierzoną nieporadnością. Galatea, lat dwadzieścia trzy, jasnowłose, słowiańskie wydanie Salmy Hayek. Przypadek, ślepy zegarmistrz, spowodował, że Pigmalion ujrzał ją w barze pewnego hotelu, gdzie siedziała między innymi ukraińskimi prostytutkami, w oczekiwaniu na klientów. Jej uroda nie mogła ujść jego uwadze. Wszystko w niej zadawało się być niemal antyczną miarą i proporcją. Poza jej wnętrzem. Pigmalion potrzebował zaledwie kilku chwil rozmowy, by zorientować się, że Galatea posiada uroczy, lecz bardzo mezozoiczny intelekt. I nie mylił się. Nie znała żadnych kodów i konwenansów, żadnych towarzyskich form ani etykiety, nigdy nie słyszała o savoir-vivre, nie miała ani odrobiny ogłady, nie wiedziała, jak trzymać sztućce czy lampkę wina, do czego służy serweta przy stole, nie miała pojęcia o makijażu czy zapachach, nie odróżniała Diora od sowieckich perfum Program Sojuz-Apollo, nigdy nie słyszała o frutti di mare, o Pavarottim czy Max Factorze, o szczoteczce do zębów lub tamponach, o Freudzie lub Pinot Noir, nie wiedziała jak jeść francuskie ciasto, nie odróżniała noży do przystawek od noży do ryb, słowo opera kojarzyła się jej ze schroniskiem dla bezpańskich zwierząt, a słowo fellatio z egzotycznym kwiatem. Co gorsza, poruszała się niczym dziarski geodeta, a jej chichot do złudzenia przypominał śmiech kukabury. Galatea nie umiała i nie potrafiła dokładnie nic, poza sprawnym zdejmowaniem majtek, z czego była naiwnie i otwarcie dumna.
Być może w istocie nic więcej nie jest nam potrzebne do szczęścia. Być może najzupełniej to wystarczy. Zdejmowanie majtek jest w końcu jedną z naszych najstarszych specjalności i specjalność ta, choć mało skomplikowana, niemal prymitywna, zawsze cieszyła się sporą popularnością, przynajmniej wśród męskiej części naszej populacji. Pigmalion przynależał do tej części w stu procentach, a ponadto – jak przystało na entuzjastę operetki – nie mógł przeoczyć faktu, że oto kapryśny los stwarza mu unikalną szansę powtórzenia słynnego eksperymentu profesora Higginsa. Nie wahał się ani chwili. Zafascynowała go ta myśl i uwiodła. Zaczął tworzyć Galateę. Stała się jego ideą fix, jego my fair lady. Tworzył ją z zapałem, oddaniem, z czułością i pasją. Zabrał się za jej edukację nie tylko z cierpliwością, ale i entuzjazmem, ucząc gestów, znaków i sygnałów, objaśniając słowa i zachowania, dbając o jej garderobę i fryzury, objaśniając towarzyskie kody i niuanse, zabierając do muzeów i salonów sztuki, do opery i operetki, do najdroższych restauracji i najdroższych hoteli, ucząc pięknej wymowy i towarzyskiej ogłady. Ukraińska Eliza Doolittle miała przekształcić się w prawdziwą damę. Podobno była zdolna i uczyła się nadzwyczajnie szybko. Wtedy, w nagrodę, kupił jej mieszkanie.
Spotkałem ją po pewnym czasie. Pigmalion zaaranżował spotkanie w wytwornej i modnej wtedy restauracji. Ku mojemu zdumieniu nie w Polsce jednak, gdzie mieszkała podówczas Galatea, lecz w Kopenhadze, w jego własnym mieście. Galatea przyszła w wieczorowej, równie gustownej jak drogiej sukni, której malachitowa zieleń idealnie pasowała do koloru jej oczu. Nowa, pieczołowicie „wyrzeźbiona” Galatea miała być w zamyśle marmurowo piękna, a tymczasem przypominała jedynie Barbie. Cedziła słowa jak mechaniczna lalka. Siedziała jak mechaniczna lalka. Uśmiechała się także i poruszała jak mechaniczna lalka i tylko z bardzo dużej odległości można byłoby uznać ją za damę, choć właśnie na tym Pigmalionowi zależało najbardziej. Ale on zdawał się wcale tego nie postrzegać. Podziwiał Galateę, był wyraźnie zachwycony swoim „dziełem”. Prawie nie odrywał od niej oczu. Gdy opuściła nas, wcześniej z pretensjonalnym wdziękiem fitzgeraldowskiej Daisy Buchanan informując, że udaje się „odświeżyć twarz”, Pigmalion natychmiast zwrócił się do mnie z pytaniem, którego spodziewałem się, niestety, choć do końca miałem nadzieję uniknąć. Byłem szczery. Byłem szczery, lecz nie tak naiwny, by sądzić, że nasza przyjaźń zdoła przetrwać poza ten uroczy wieczór. Nie przetrwała. Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej, ale wiem, że w jakiś czas potem Pigmalion sprowadził Galateę do Kopenhagi, załatwił jej przez swoje znajomości i koneksje stały pobyt w Danii i zakupił mieszkanie, położone dokładnie w centrum miasta.
Podobno gdzieś w tym momencie Galatea nieoczekiwanie zeskoczyła z piedestału. Zaczęła unikać Pigmaliona, nie otwierała drzwi, nie odpowiadała na telefony, a wkrótce potem sprowadziła jakiegoś Freda z Ukrainy, który przy pierwszej okazji zrzucił Pigmaliona ze schodów, łamiąc mu przy tym i szczękę, i rękę. Gdy, po pewnym czasie, Pigmalion powrócił z rekonwalescencji dowiedział się, że Fred został aresztowany za napad z bronią. Galateę aresztowano także. Fred po rozprawie został odesłany na Ukrainę, a Galateę oczyścili z zarzutów najlepsi duńscy adwokaci, wynajęci i opłaceni przez Pigmaliona. Galatea, być może niechętnie, ale pokornie powróciła znów na piedestał, odbyli razem jedną podróż do Włoch, jedną do Hiszpanii, a po powrocie Pigmalion zmarł nagle na zawał serca.
Nic nie wiem o dalszych losach Galatei. Zapewne, jak my wszyscy, nie zdołała uciec od swoich genetycznych przeznaczeń i powróciła do jej własnego Covent Garden, położonego gdzieś w zachodniej Ukrainie. Ale nie ona jest w tej historii ważna. Ona niczego nie mogła zmienić. Jej los był jej wyrokiem. Interesujący w tej historii mógł być los Pigmaliona, ale i on okazał się wyrokiem – bogowie drwią z nas nawet wtedy, gdy spełniają nasze marzenia.
Dziennik braci Goncourt
Na przemian z Vasarim czytam Dziennik braci Goncourt. Momentami zalatuje nieco prehistorią, a plotki i ploteczki o wielkich i znanych, które wstrzymywały wydane Dziennika przez bez mała pół wieku, dzisiaj wydają się już być nie bardziej aktualne niż te, którymi raczy nas Swetoniusz. Zaletą jest natomiast język, żywy, barwny, jędrny, miejscami niemal obsceniczny. I ani cienia hipokryzji. Balzac jadł jak świnia. Bliski niestrawności, z brzuchem wzdętym od żarcia, na wpół przytomny, kładł się do łóżka. O północy budził go służący; wstawał, wypijał kawę i zapisywał papier przez 2 godziny. Kiedy ta pierwsza praca była ukończona, wychodził.
I, w innym miejscu, prorocza wizja: Dzikość jest konieczna co każde czterysta czy pięćset lat, żeby świat mógł się odrodzić. Umarłby od cywilizacji. Kiedy brzuchy są pełne i mężczyźni nie mogą już spółkować, spadają na nich z Północy chłopy o sześciu stopach wzrostu. Teraz, kiedy nie ma już barbarzyńców, dzieła dokonają robotnicy – za jakieś pięćdziesiąt lat. Będzie się to nazywało rewolucją społeczną. Ten wpis powstał w 1855 roku. Proroctwo niemal idealne. I do dziś nazywamy to „rewolucją społeczną”.
Kolumb
Dobrze, że to Kolumb odkrył Amerykę. Strach pomyśleć, co by było, gdyby to Ameryka odkryła Kolumba.
Germinal
Wszędzie tam, gdzie rządzą tylko i wyłącznie uczucia, w powietrzu unosi się tragedia. Zawsze zdumiewał mnie, drzemiący w duszach zdawałoby się zwyczajnych, prostych ludzi, przerażający potencjał uczuć, uczuć rozpalonych do czerwoności, dusznych i niszczących, ślepych jak huragan lub wybuch wulkanu. Doskonałym tego przykładem w literaturze jest Germinal Zoli. To epopeja o straszliwej sile emocjonalnych wyładowań.
Biblioteka watykańska
Największy zbiór książek o tematyce erotycznej, książek dotyczących seksu znajduje się podobno w Bibliotece Watykańskiej. Wtajemniczeni twierdzą, że liczy sobie obecnie około trzydziestu tysięcy woluminów. Trzeba przyznać, że jest to wyjątkowo słuszna inwestycja – o naszych wrogach powinniśmy widzieć wszystko.
Liberalny
F. Nietzsche: Delikatnym określeniem kogoś miernego jest, oczywiście, słowo „liberalny”.
Strzępy 14
Tak długo poprzestawała na małym, na małych radościach, małych przyjemnościach, małych satysfakcjach, że teraz – stając twarzą w twarz z wielkim uczuciem – musiała przyznać sama przed sobą, że nie jest do niego zdolna, że nie potrafi już nawet ujrzeć siebie w takiej roli. To przerastało zwykłe miary jej życia, gdzie wszystko było przeciętnością, ładem drobnych zabiegów, niestrudzonym kolekcjonowaniem nicości, spokojem i ciszą. Marzyła o takim uczuciu całe życie, śniła je, przywoływała tak często i namiętnie, a teraz, gdy stanęła z nim twarzą w twarz zrozumiała, że nie ma w sobie dość życia, by zacząć żyć.
Strzępy 13
H. posiada analityczną inteligencję, pozwalającą mu wgłębić się w szczegóły, niepospolitą wyobraźnią i doskonałą pamięć, lecz pamięć bardzo specjalnego rodzaju – może nie pamiętać daty urodzin kogoś bliskiego, ale potrafi wiernie odtworzyć pozornie nieważną rozmowę, jaką przed wielu laty odbył z jakimś nieznajomym, spotkanym w dworcowym barze. Życie upływa mu na próbach pogodzenia sprzecznych tendencji jego osobowości, które dotyczą bez mała każdego jej przejawu. Jest na przykład bez wątpienia człowiekiem delikatnym i uczuciowym, potrafi zadziwiająco łatwo dostosowywać się do psychologii kobiet, ale kryje się w nim także mężczyzna o brutalnych stronach. O samego siebie nie dba szczególnie, ale głupotą byłoby skrzywidzić kogoś, kogo on kocha. Nasza wspólna znajoma powiedziała kiedyś, że H. mógłby w takiej sytuacji zabić z zimną krwią, bez wyrzutów sumienia, bez zmrużenia oka, bez choćby jednej nieprzespanej z tego powodu nocy, i jestem przekonany, że miała rację. Na dodatek, jak sądzę, mogłoby to być morderstwo doskonałe.
Zarozumiałość
Jakaż monstrualna zarozumiałość wierzyć, że jakiś Bóg pochyla się z troską nad naszym owadzim istnieniem.
Problem
Jesteśmy praktycznymi istotami. Stając przed jakimś problemem albo znajdujemy dla niego właściwe rozwiązanie albo konstruujemy jakieś wyjaśnienie, które tłumaczy, dlaczego tego problemu nie mogliśmy rozwiązać. I zwykle to drugie jest niesłychanie logiczne. I czasami dopiero wtedy odkrywamy, jak mogliśmy ten problem rozwiązać.
Menos i lyssa
Homer rozróżnia dwa rodzaje zachowań wojowniczych. Pierwszy z to menos – odwaga, siła, stan zdecydowania. Zimny, chłodny spokój, z jakim Odyseusz zabija zalotników. Menos jest zachowaniem pozytywnym, budzi trwogę, ale i podziw, prowadzi do sukcesu. Drugi to lyssa, wilczy szał. Zawładnął on Hektorem pod Troją. Doświadczył go Herakles, zabijając w tym szale swoje dzieci. Lyssa jest stanem destrukcyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu. Bogini Lyssa, uosobienie szału, wściekłości, przedstawiana jest zwykle z wężami we włosach, podobnie jak Gorgona.
Szczodrość
Istnieje w naszym języku przepiękne słowo, choć ginące już, bardzo rzadko używane, jak wiele innych równie pięknych słów. Tym słowem jest szczodrość, czyli wspaniałomyślna, szczera gotowość hojnego obdarowywania innych. Nadíw, hebrajski odpowiednik słowa „szczodry”, oddaje się często jako „wspaniałomyślny”, a niekiedy także jako „ochoczy”. Podstawowe znaczenie greckiego wyrazu haplòtes „szczodrość”, to również „prostota”. I szczodrość kojarzy mi się właśnie z prostotą. Hojność może być wyrachowana, obliczona na osiągnięcie pożądanego efektu, może być nawet wyrazem skrajnego egoizmu, jak w przypadku dawnych wielmoży, którzy fundowali katedry i ratusze, by związać z tym miejscem swoje imię, natomiast szczodrość jest szczera i ochocza. Daje i nie spodziewa się niczego w zamian.
Amikoszoneria
Słowo amikoszoneria przywędrowało do nas z języka francuskiego. Fr. ami to przyjaciel, natomiast cochon to świnia. Innymi słowy: przyjaciel świnia, osoba bez wyczucia taktu i dystansu, osoba skłonna do nadmiernej, rażącej poufałości, spoufalania się i chamskiej bezceremonialności. Przypadkiem sprawdzam dziś to słowo w internetowym słowniku synonimów języka polskiego i ku memu zdumieniu znajduję: atencja, bliskość, ciepło, dobroduszność, fawor, intymność, koneksja, narzeczona, poważanie, przyjaźń, serdeczne stosunki, szacunek … (sic!) I jeszcze sto innych bzdur w tym samym stylu.
W czasach, gdy bezprzykładnie obrzydliwa amikoszoneria atakuje nas już wszędzie, w każdym miejscu i w każdym możliwym wydaniu, chciałoby się jednak wierzyć, że chociaż słowniki mogą być od tego wolne. Najwyraźniej nie.
Cywilizacje
Starzy ludzie i stare kultury mają wiele wspólnego – pragnienie, by unieruchomić czas, lęk przed najdrobniejszymi zmianami, uwaga skierowana do wewnątrz zamiast na zewnętrz, wstręt do działania, kompromisy dla zachowania iluzorycznego status quo, całkowita atrofia ciekawości … Cywilizacje starzeją się jak ludzie. Ludzie starzeją się jak cywilizacje.
Kotarbiński
Tadeusz Kotarbiński: Kto nie jest samoukiem, ten jest nieukiem.
Henry David Thoreau
Henry David Thoreau: Jeżeli człowiek codziennie spędza większość czasu spacerując po lasach, albowiem je kocha, grozi mu niebezpieczeństwo, że uznają go za próżniaka, lecz jeżeli cały dzień jako spekulant wycina te lasy i przedwcześnie ogałaca ziemię, uchodzi za pracowitego i przedsiębiorczego obywatela.
Strzępy 12
Zawsze chciałaś wiedzieć, jak skonstruowane jest „Bolero” Ravela. Otóż, jest genialnie proste. Powtarza na przemian dwie główne linie melodyczne, osiem razy w ciągu 340 taktów, coraz głośniej i z coraz większą liczbą instrumentów. Jednocześnie partytura ogranicza się do dwóch prostych, naprzemiennych linii staccato. Trwa bez większych zmian aż do 326 taktu. Wtedy przyspiesza, by ostatecznie załamać się w finale. Prawie jak w życiu …
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.