Syndrom Cygana

Pisałem kiedyś o Cyganie, który nauczył się czytać stosunkowo późno, około trzydziestki i natychmiast rzucił się na książki, czytał wiele i chętnie, czytał wszystko, co popadło mu w ręce, aż pewnego dnia znalazł się w jednej z największych skandynawskich bibliotek i wtedy uświadomił sobie, że nie starczy mu życia, by przeczytać wszystkie książki, które istnieją, że nie starczy mu życia nawet na to, by przeczytać wszystkie książki z tamtej biblioteki. Wówczas ktoś mu poradził, by wkładał książki pod poduszkę, gdy zasypia, bo w ten sposób książki też miały „wchodzić do głowy”. Spragniony wiedzy Cygan spał więc z dziesiątkami książek pod poduszką i przez długi czas wierzył, że same „wejdą” mu do głowy.

Ten syndrom, syndrom Cygana, zawsze był i wciąż jest pospolity. Ludzie sądzą, że wiedzę można nabyć inaczej niż ucząc się, że istnieje droga na skróty, że wiedza i mądrość może mieć formę tabletki, pigułki, jakiejś aspiryny czy penicyliny, którą wystarczy połknąć w razie potrzeby i sprawa jest załatwiona. Przesadzam? A jak myślisz, czymże jest w takim bądź razie ta szalona popularność wszelkiego rodzaju sentencji, maksym, dewiz, myśli wykastrowanych z kontekstu, nabzdyczonych frazesów, cytatów z tego i tamtego, zwykle tak okrojonych, że niemal obdartych ze skóry?

Prywatna powieść

Milioner, który u sławnego pisarza zamawia książkę tylko dla siebie. Dokładnie tak, jak zamawia się każde inne dzieło sztuki, obraz czy rzeźbę. Wspólnie uzgadniają jedynie temat, motyw. Reszta jest sprawą talentu pisarza. Po pewnym czasie książka jest gotowa, złożona i perfekcyjnie oprawiona w szagryn. Milioner zamyka ją w sejfie w specjalnym pokoju. Wchodzi tam niekiedy, siada w chesterfieldzie z lampką wina i czyta. Następnie znów ją zamyka. Nikt poza nim nie zna jej treści.