Wywiad w mediach z nijaką Gretą, wcieleniem szwedzkiej infantylności, która po jakiejś kolejnej manifestacji bełkocze o „przestępczej działalności ekologicznej” dorosłych. Najpierw tylko śmiech, potem złość, bo obrazek obłudny i fałszywy – to przecież ona i jej pokolenie są niezaprzeczalnie największymi konsumentami dóbr w całej naszej ludzkiej historii. Pieluszki jednorazowe (w ciągu pierwszych trzech lat życia dziecko zużywa ich około 5000), wdzianka, ubranka, środki pielęgnacji, kojce, kołyski, nosidełka, smoczki, plastykowe butelki, rowerki, gryzaki, grzechotki, zabawki do kąpieli, kaftaniki, karuzelki zawieszane nad łóżeczkiem, gumowe piszczki, chusteczki nawilżane, gaziki, gruszki i aspiratory do noska, maści na odparzenia, termometry i żele do kąpieli, body, pajacyki, laktatory i podgrzewacze do butelek z mlekiem, poduszeczki do karmienia, śpiworki, elektryczne nianie i foteliki do samochodu, pozytywki i głośniki bluetooth, kapelusiki, buciki i czapeczki i jeszcze tysiąc innych równie zbytecznych gadżetów – czerwcowy Dzień Dziecka to orgia zakupów dla milusińskich, ale orgia ta trwa cały rok, w Szwecji jest więcej sklepów z asortymentem dla dzieci niż sklepów z artykułami dla dorosłych. Potem, gdy potworki podrosną, zaczyna się ciąg dalszy tego koncertu życzeń i wymagań: komputery, bo muszą być obecne na Facebooku, Instagramie, Tik Toku, Snapchacie, w każdym pokoju telewizor, przy uchu najnowszy telefon komórkowy, tablet w zasięgu ręki, środki elektroniczne od rana do wieczora, każą wozić się do szkoły i przywozić z niej, samochodem na wszystkie aktywności, nawet na spotkania z innymi potworkami. To oni wciąż kupują nowe ubrania, zmieniając je kilka razy w roku, bo muszą być à jour z modą na każdy sezon. Podróże do ciepłych krajów przynajmniej dwa razy do roku. Aby ironia zyskała odpowiedni wymiar, nawet ich protest przeciwko zanieczyszczeniom środowiska ogłasza się za pomocą środków cyfrowych i elektronicznych, a sama nawiedzona Greta lata na międzynarodowe spotkania samolotami, śpi w drogich hotelach, ubiera się w drogich magazynach i zapewne po kryjomu ze smakiem pałaszuje krwiste hamburgery.
Zastanawiam się, jak bardzo to pokolenie musi być egoistyczne, niedokształcone i jak bardzo zmanipulowane, by z powagą „walczyć” w obronie klimatu żyjąc jednocześnie w tak bezprzykładnym luksusie? Czy w ich ptasich móżdżkach nigdy nie pojawia się myśl, że należałoby wyłączyć klimatyzację, wyrzucić za okno wszystkie gadżety i całą elektronikę, chodzić do szkoły czy do pracy pieszo i zabierać ze sobą makaron w bambusowym pudełku wielokrotnego użytku, zamiast kupować na lunch gotowe dania, opakowane w plastyki? To miałoby w każdym bądź razie, przy całej tego ewidentnej głupocie, symptomy jakiejś logiki.
Urodziłem się w czasach, gdy nie marnowało się nic. Raz w miesiącu przyjeżdżał wozem zaprzężonym w konia tzw. „szmaciarz”, skupując stare i dziurawe ciuchy, uszkodzone garnki i makulaturę. Do pakowania kanapek służyła gazeta – ta sama gazeta, pocięta w kawałki, w miejsce kolorowej rolki rozkosznie miękkiego papieru, wisiała też w toalecie. Kiedy wyrastało się z ubrania, nosiło je młodsze rodzeństwo. W tych samych butach chodziło się aż stawały się za ciasne, trzeba było je codziennie pastować i tylko niektórzy mieli jeszcze buty od święta. To samo dotyczyło innych, nielicznych zresztą akcesoriów, jak zegarki czy wieczne pióra. Radio i telewizja były jedynie dla dorosłych, dzieciom pozwalano oglądać niedzielne poranki z bajką i, nieco później, tak zwaną „dobranockę”. Tylko nieliczni z nas mieli rowerki, jeździliśmy na dużych rowerach rodziców, zwykle pod ramą, często mieliśmy więc pościerane łokcie i kolana, i guzy na czole wielkości sporych śliwek. Nie wożono nas na basen – kąpaliśmy się w stawach i jeziorach porośniętych tatarakiem. Cukierki były od święta, hamburgerów nie było wcale, ani coca-coli ani red bulla, nie było nawet gumy do żucia, nie mówiąc o hot dogach. Nikt nas nie odwoził i nie zabierał do szkoły, a w szkole nie serwowano ani lunchów ani nawet kubka mleka. Nie mieliśmy telefonów, tabletów, komputerów, żadnej elektroniki – nieliczni z nas mieli zegarki, a na wakacje jeździliśmy ewentualnie tylko na tzw. kolonie (w żadnym razie nie mylić z zamorskimi posiadłościami). Ulice i place brukowano „kocimi łbami”, czyli polnym kamieniem i tylko z rzadka przejeżdżał nimi jakiś samochód czy motocykl – graliśmy na nich w piłkę nożną. Moje dzieciństwo było tak doskonale ekologiczne, że żadna dzisiejsza Greta nie jest w stanie sobie tego nawet wyobrazić, zwłaszcza, że nie jest w stanie wyobrazić sobie, że żadna cywilizacja nie może uciec od swoich sukcesów i że nie o to w tym cyrku chodzi.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.