S. Màrai, Dziennik, tom IV: Oburzenie, że muszę żyć w świecie, w którym kulturą śmieją nazywać coś, co nie jest niczym innym jak tylko perwersyjną negacją, rozbiciem, zniekształceniem wszystkiego, co ludzkość dotąd wyobraziła i stworzyła. Mdli mnie, ponieważ żyję w świecie, w którym Uffizi i podobne im sale przechowują wprawdzie jeszcze dowody najwyższego stopnia duchowej energii twórczej ludzkości, ale jednocześnie na całym świecie nieustannie trzeszczy mechaniczny hałas, który nazywają muzyką; zamiast obrazów pokazują szaleńcze albo prześmiewcze bohomazy, a grube i uczone księgi najpoważniej w świecie dowodzą, że to „sztuka”; pisze się książki, w których ani jeden wiersz nie promienieje twórczym prądem. Mdli mnie i oburza, że obecne pokolenie znosi zastępowanie Ducha i Sztuki bezsensownymi bzdurami dla głupców, oferowanymi przez partaczy i kupczyków, i – jak to przepowiedział przed ponad stu laty Schopenhauer – toleruje zniszczenie sztuki, tego ostatniego schronienia człowieka, uciekającego przed terrorem konformizmu i nihilizmu.