Dostojewski

Wiele razy przymierzałem się do lektury Dostojewskiego i zawsze, wcześniej czy później, kapituluję. Tym, co mnie razi i mierzi, a w konsekwencji i zniechęca jest ekshibicjonizm wszystkich bez mała jego postaci. Niektórzy seksuolodzy uważają, że prawdziwym celem każdego ekshibicjonisty jest zdobycie władzy poprzez przekroczenie granic wstydu. Upragnioną reakcją jest wywołanie oburzenia. Wtedy ofiara jest bezradna i bezbronna. Wtedy panuje się nad nią. Możliwe, że to wyjaśnia, dlaczego nie jestem w stanie czytać Dostojewskiego. Po każdym zadaniu mam wrażenie, że ktoś z piskliwym wrzaskiem wyskoczył z krzaków narażając mnie na widok jego smutnych genitaliów. Aby czytać Dostojewskiego, trzeba zgodzić się na rolę ofiary. Aby lubić Dostojewskiego, trzeba być ofiarą. Dostojewski nie spotyka swego czytelnika inaczej niż przez gwałt.

O czym warto

Na pytanie o moją własną twórczość odpowiadałem zawsze, że interesuje mnie nie tyle człowiek w sytuacji, co sytuacja w człowieku. Wczoraj czytam w 3 tomie „Dzienników” S. Màrai, „że zadaniem literatury jest opisywać nie to, co się dzieje z ludźmi (o czym wiedzą nawet reporterzy), tylko to, co się dzieje w ludziach”. To prawda. Łatwo jest pisać o tym, co dzieje się z ludźmi. Nieskończenie trudniej o tym, co dzieje się w ludziach. Ale tylko o tym warto pisać.

Salome

Poznaliśmy się w jakiejś innej wieczności. L. była „świeżą” emigrantką, piękną i młodą dziewczyną, tęskniła za Polską i językiem, dużo czytała, i pewnego dnia w tutejszej bibliotece wpadła jej w ręce moja powieść. Zorientowała się szybko, że żyjemy nie tylko w tym samym kraju, ale i w tym samym mieście. Znalazła mój telefon. Potem, po krótkim wahaniu, zadzwoniła. Wciąż pamiętam nasze pierwsze spotkanie, jej żarliwą opowieść o prawosławiu, życiu na wschodzie Polski, o jej wierszach, o pustce Skandynawii, o jej pracy magisterskiej o Salome.

Byłem niedawno w bibliotece, tej samej funkcjonalnej, jasnej i nowoczesnej bibliotece, którą tak często odwiedzała kiedyś L. Znalazłem też na polskiej półce egzemplarz mojej powieści. Jest „zaczytana” na śmierć, niektóre strony niemal rozsypują się pod palcami, wysuszone i kruche niczym wiekowy pergamin. Pomyślałem o setkach rąk, które w ciągu minionych lat musiały gładzić strony tej powieści, dotykać ich, traktować z czułością lub zniecierpliwieniem. Pomyślałem też natychmiast o L. Tylko ona jedna okazała ciekawość i zainteresowanie. Tylko ona. Nikt więcej. Przez piętnaście lat. W ciągu tych lat L. stała się z ładnej dziewczyny bardzo atrakcyjną kobietą, wciąż pisze wiersze i „kolekcjonuje” mosty (a może ten sam most w jego niezliczonych formach i wcieleniach?), moja książka chwiejnie, ale stoi wciąż jeszcze na półce, a ja coraz częściej myślę o Salome.